"Nie rozumiem facetów. Najpierw są mili, uprzejmi, czarujący, później pokazują swe prawdziwe oblicze. Albo Cię ignorują. To jest jeszcze gorsze. Nie ma nic okropniejszego niż obojętność. Zimny mur między wami.Uwierz,dasz sobie radę bez faceta."- to jeden z moich ulubionych cytatów.
Przeczytałam wiele książek w swoim życiu. Jestem cholernym molem książkowym. No i co z tego.? Każdy ma swoje hobby. A to jest moje. Uwielbiam zapadać się w inny świat, nierealny, piękniejszy, bezpieczniejszy. W tym świecie nikt Cię nie skrzywdzi. Nikt Cię nie zrani. Bo to Ty dyktujesz swoje prawa. Ty tu rządzisz. Może ktoś powie że to nieprawda, że to strata czasu. Ale ja tak nie myślę. Książki są moimi drzwiami do wymarzonego świata. A tam, czeka na mnie mój idealny książe z bajki. Nikt mi nie rozkazuje. Sama decyduję o własnym losie. W moich rękach leży moje przeznaczenie.
Zerknęłam na wyświetlacz telefonu. 14.06. Cholerra.!!! Spóźnię się na popołudniowe zajęcia.!! Najszybciej jak umiałam włożyłam ciuchy i pokuśtykałam na dół. Gdy stanęłam w drzwiach salonu, Will spojrzał na mnie tak, jakby zobaczył ducha.
-O niee, nie ma mowy..Mike prędzej by mnie zabił.- powiedział, po czym szybko wybiegł na korytarz, zamknął drzwi wejściowe na klucz, po czym schował go w kieszeni spodni.
-Chyba żartujesz. Ja mam zajęcia.!-spojrzałam na niego z furią.
-Ee, nie. Dziś i przez resztę tygodnia masz wolne. A tak poza tym, zerwałem z Sandrą.
-Coo.? - nie wiem co mnie bardziej zaskoczyło. To że nie mogę iść na zajęcia, czy to że zerwał z dziewczyną, z którą był hm..jeden dzień.!!
-To co słyszałaś. Ty nie wychodzisz z domu a ja jestem singlem i twoją osobistą niańką. Mam nakaz opiekowania się tobą 24h na dobę- powiedział po czym wyszczerzył się jak idiota.
-Nie ma mowy.!!!
-Nie podobam ci się.?-zapytał z miną smutnego szczeniaka.
-Nie.-odpowiedziałam, chociaż bardzo chciałam powiedzieć "Tak.!"
-Hm.. No to masz pecha. Od dziś jestem twoim osobistym aniołem stróżem.
-Chyba cię powaliło.!-teraz to naprawdę się wkurzyłam. Nie potrzebowałam żadnego cholernego faceta na głowie. Jakbym miała mało problemów.
-Możliwe. Radzę się przyzwyczaić.
-Pieprz się.!!!-krzyknęłam rozdrażniona.
Wyszłam najszybciej jak mogłam, ale i tak usłyszałam jego słowa:"Nawet nie wiesz jak bardzo bym chciał." Zaczerwieniłam się jak burak i poszłam do salonu. Włączyłam telewizor i podgłosiłam na maxa. Akurat leciała jakaś piosenka o dwójce zakochanych, którzy próbują udawać że im na sobie nie zależy. Ehh... Moje życie wygląda jakbym je wzięła z jakiegoś kiczowatego romansu dla nastolatek. A na dodatek ten kretyn przylazł tu za mną, zabrał mi pilota i ściszył piosenkę.
-Ja tego słuchałam- powiedziałam oburzona.
-Wiem, ale chcę pogadać.
-No to m..- nie dokończyłam bo przycisnął swoje wargi do moich, zaskoczona oddałam pocałunek.
-Nic nie czujesz.?-powiedział odsuwając się lekko by spojrzeć mi w oczy.
-Nie..-odpowiedziałam.
Jego wargi były ciepłe i gwałtowne. Poczułam się jakby w moim brzuchu wybuchł rój motyli.
-Teraz.?-spytał.
Pokręciłam przecząco głową. Nie chciałam mu się tak łatwo poddać.
Całował mnie dopóki nie zabrakło nam tchu. Cholera, czy on we wszystkim musi być taki boski..?!!
Wyprostował się, szeroko otworzył oczy i popatrzył na mnie zdziwiony.
-Ja to naprawdę zrobiłem??
-Taak..-powiedziałam z wahaniem.
-No to Michael mnie zabije, a co mi tam.-powiedział po czym znów się do mnie przysunął. Bardzo blisko. Czekałam na kolejny pocałunek, lecz Will tylko się we mnie wpatrywał.
-Spodobało ci się.-To było raczej stwierdzenie niż pytanie, ale i tak odpowiedziałam że nie.
-To czemu oddawałaś pocałunki.?
-Bo jesteś boski..- spłonęłam rumieńcem.-Czy ja to powiedziałam na głos..?
-Tak.
Przysunął się jeszcze bliżej. Czułam jego słodki oddech na twarzy. Przyglądał mi się z dziwnym błyskiem w oku.
-Jesteś dla mnie prawdziwą zagadką Alysso Danvers.-powiedział niskim głosem.
-Ja.? Zagadką.? Chyba żartujesz.
- Zjawiasz się nagle i mącisz mi w głowie. Całą noc przez ciebie nie przespałem.
Taa, jasne. Pewnie mówi tak pierwszej lepszej.
-Mówię całkiem poważnie. Jesteś..jak dar z niebios dla grzesznika.
Nie dał mi odpowiedzieć. Całował mnie tak, jakby miał mnie stracić.
Może znałam go krótko, ale zakochałam się.
Ruchy jego języka były delikatne i słodkie. Badał nim wewnętrzną część mych ust.
Niektórzy myślą że to obrzydliwe, ja też tak myślałam. Aż do teraz.
Ale nie chcę wyjść na taką łatwą. Odepchnęłam go lekko. Zarumienił się całkiem ładnie. Uśmiechnęłam się lekko.
-Nie chcę wyjść na pierwszą lepszą..
-Ale ty nie jesteś żadna "pierwsza lepsza". Rozumiesz.? Jesteś inna. I właśnie o to chodzi. Każda dziewczyna, jaką poznałem starała się mnie zdobyć różnymi sposobami. Niektóre z nich były bardzo hmm..niesmaczne. Ale ty.. Ty tego nie robisz. Nie jesteś też dla mnie jakąś tam trudną zdobyczą. Jesteś czymś całkiem nowym. Lepszym. Jesteś nieśmiała,słodka i niewinna. Nie arogancka, wredna i egoistyczna tak jak reszta dziewczyn. Jak anioł. Alysso, jesteś moim własnym aniołem zbawienia. Popełniłem w życiu wiele głupot, których żałuję. Lecz przy tobie, chcę być inny. Lepszy. Wiem że znamy się bardzo krótko, ale odkąd Cię zobaczyłem, nie mogę o tobie zapomnieć. Zakochałem się w tobie.
Wow, to chyba najdłuższa wypowiedź, jaką kiedykolwiek od kogoś usłyszałam.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć, więc tylko patrzyłam mu w oczy. Przy pierwszym spotkaniu myślałam że są brązowe. Myliłam się. Teraz miały kolor płynnego złota. Dziwne. Naprawdę myślałam że są brązowe. Może to przez świetlówki... Moje rozmyślania przerwał brzęk otwieranego zamka. Szybko odskoczyłam od Willa i usiadłam na fotelu Michaela. W drzwiach salonu stanęła Tessa. Obok niej leżały torby z logo supermarketu, wypełnione po brzegi.
-Cześć-powiedziała, nieświadoma tego, co kilka minut wcześnie zdarzyło się między mną a chłopakiem, który siedział na kanapie.
Gdy na niego spojrzałam, spłonął jeszcze większym rumieńcem. Tessa to dostrzegła, ale tylko puściła mi oczko. Uśmiechnęłam się do niej radośnie.
-Heej, duże zakupy.- wymruczałam.
Wzruszyła tylko ramionami i wmaszerowała z torbami do kuchni.
Ruszyłam za nią. Przechodząc obok Willa, wywróciłabym się, ale on w samą porę mnie złapał.
-O północy u ciebie.-szepnął mi na ucho, po czym postawił mnie na ziemi.
Szybko wparowałam do kuchni, w chwili gdy moja współlokatorka skończyła rozpakowywać zakupy.
-Co będzie na obiad.?-spytałam.
-Burrito.
-Mmm.. pomóc ci.?
-Jasne- odpowiedziała dziewczyna.
Zabrałyśmy się do gotowania. Szło to nam całkiem sprawnie, więc skończyłyśmy po jakichś 45 minutach.
-Czy mi się wydaje czy coś zaszło między tobą a naszym własnym łowcą zombie.?
-Czy mi się wydaje, czy ty kochasz Michaela.?- odbiłam piłeczkę.
-Sk... skąd wiesz.?
-Trudno nie zauważyć.-powiedziałam z łobuzerskim uśmiechem.
-No dobra Sherlocku, to prawda. Ale nikomu nie mów.! A wracając do tematu, tobie podoba się Will i na odwrót.
-Tak jest, kapitanie.- może to głupie, ale zasalutowałam.
-No nieźle. -westchnęła Tessa.
Wniosłyśmy talerze, widelce i puszki coli do salonu. Oczywiście Will i Michael grali w gry wideo. Przerwali gdy weszłyśmy. Will spoglądał na mnie raz po raz się czerwieniąc, co rozśmieszyło Tessę. A Michael, on patrzył na moją przyjaciółkę z miną zakochanego szczeniaka. No ładnie. On się w niej buja.!
Hm.. Trzeba im pomóc. Gdy położyłyśmy wszystko na stole, "przez przypadek" lekko popchnęłam Tessę na Michaela. Obydwoje wylądowali na podłodze. Dziewczyna na chłopaku. Ledwo powstrzymywałam śmiech. Chwyciłam Willa za rękę i wyprowadziłam z kuchni mówiąc że zapomniałam serwetek. Gdy znaleźliśmy się sami,Will patrzył na mnie osłupiały. Powiedziałam cichutko
-No co się tak patrzysz.? Trzeba było im pomóc.
-O kurczę..
-Nie domyślałeś się.? To widać na pierwszy rzut oka że oni na siebie lecą. Dosłownie- powiedziałam z ironicznym uśmieszkiem.
Pięć minut później wróciliśmy do salonu. Tessa siedziała Michaelowi na kolanach, miała czerwone i obrzmiałe od pocałunków usta. Wyglądali razem naprawdę pięknie.
Po obiedzie chłopaki zmywali naczynia. W tym samym czasie moja przyjaciółka opowiadała mi o moim mały psikusie. Myślałam że będzie zła, ale była przeszczęśliwa. Gdy chłopcy weszli do salonu, uśmiechałyśmy się jak dwie idiotki. Ale to było dobre. Potrzebne nam obu. O godzinie 22:55, każdy poszedł do swojego pokoju. Najszybciej jak potrafiłam wzięłam prysznic i wskoczyłam w długą koszulę z napisem "Zemsta jest słodka''. Wlazłam pod kołdrę i czekałam. Minutę później usłyszałam ciche pukanie. Do środka wsunęła się głowa z burzą ciemnych nierówno ostrzyżonych loków. Gestem zaprosiłam go do środka. Zawahał się przez chwilę, po czym zamknął drzwi na klucz od wewnątrz. Popatrzyłam na niego zdziwiona.
-Nie chcesz wiedzieć.-powiedział tylko.
Usiadł przy mnie na łóżku i pocałował mnie lekko w nos. Zaśmiałam się cicho.
Później zaczęliśmy się całować. Długo. Głęboko. Namiętnie. Will wsunął mi rękę pod bluzkę i zaczął gładzić mnie po płaskim brzuchu. Znieruchomiałam. Oczywiście że tego chciałam, ale nie teraz. Nie byłam jeszcze gotowa. Chłopak chyba zrozumiał o co mi chodzi bo tylko pokręcił głową i uśmiechnął się ciepło.
-Nie zrobię nic wbrew twojej woli. To ty zdecydujesz, kiedy będziesz gotowa.
Uśmiechnęłam się szeroko. Zaczęliśmy rozmawiać. Dużo rozmawiać. Dowiedzieliśmy się o sobie wiele rzeczy. Później poszliśmy spać. Nie w tym sensie, że się ze sobą przespaliśmy. Nie. Przytuliliśmy się do siebie i zasnęliśmy.
Nie mogłam oddychać. Dławiłam się. Rozejrzałam się wokół, ale było ciemno. Wyczułam ruch obok siebie. Skierowałam głowę w tamtą stronę. Przed moją twarzą pojawiła się para czerwonych oczu. Przestraszyłam się. To były ludzkie oczy.! Ale ludzkie oczy nie mogą być koloru rdzy.! Poczułam na skórze śmierdzący i świszczący oddech. Był zimny i taki nienaturalny, jak te oczy. Nagle w moją szyję wbiły się dwa ostre kolce. Poczułam coś lepkiego i ciepłego na skórze. Krew. Moją krew.! Zabrzmiał dudniący śmiech, a po nim słowa:
"Nie walcz ze mną Alysso. Czekałem na Ciebie zbyt długo. Całe wieki." Później była już tylko pustka.
poniedziałek, 19 maja 2014
piątek, 25 kwietnia 2014
Rozdział IV
Obudziłam się po ciemku, wzdrygając się gwałtownie. W domu było cicho,
pomijając lekkie skrzypienia, jakie domy wydają nocą. Na zewnątrz wiatr poruszał podeschniętymi liśćmi drzew; dosłyszałam też cichy śpiew i muzykę dobiegające zza zamkniętych drzwi.Wstałam, po omacku szukając telefonu. Komórka leżała obok łóżka na stoliku nocnym.Wzięłam ją i podświetlając sobie drogę wyświetlaczem, ruszyłam do kontaktu i zaświeciłam światło.Włożyłam czystą bieliznę, wczorajsze dżinsy, czarną bluzkę znalezioną w wielkiej szafie i włożyłam ciepłe skarpetki.Zerknęłam w lustro nad komodą i ujrzałam dziewczynę z wielkimi,przestraszonymi, ciemnymi oczami z burzą czarnych loków.Opuchlizna z oka już prawie zeszła, ale kilka siniaków na rękach i nogach jeszcze nie zeszło. Moja twarz - zawsze blada - wydawała się jeszcze bledsza niż zwykle. Wyglądałam jak dziewczyna zaniedbana, zmęczona i bezdomna.
No cóż, przecież nie odbiegało to od prawdy.
Odetchnęłam głęboko i otworzyłam drzwi sypialni. Na korytarzu paliły się światła, ciepłe i złotawe, a muzyka dobiegała z dołu, z salonu. Zerknęłam na zegar wiszący na ścianie; było już po północy -przespałam ponad czternaście godzin.
A na dodatek opuściłam wszystkie dzisiejsze zajęcia. Nie miałam ochoty pokazywać się na uczelni w tym stanie, nawet gdybym nie bała się, że Julia będzie się za mną snuła... Ale później będę musiała przysiąść nad książkami. Kostka nadal dokuczała mi najbardziej, z każdym krokiem przeszywając
nogę igłami bólu. Byłam już w połowie schodów, kiedy zobaczyłam chłopaka siedzącego na kanapie, tam gdzie wcześniej wylegiwał się Will. W rękach miał gitarę. Cicho nucił pod nosem tekst piosenki. Mimo, że śpiewał cicho, w połączeniu z melodią graną przez niego na gitarze, brzmiało to pięknie. Jak śpiew ptaków w ciepły, sobotni poranek. Przyjemnie i słodko.
Obserwowałam go, stojąc jak wryta, bo najwyraźniej jeszcze mnie nie zauważył; był tam tylko on, gitara, jego śpiew i muzyka, a gdybym chciała jakoś określić to, co widziałam w wyrazie jego twarzy, musiałaby użyć jakiegoś poetycznego słowa. Był blondynem, włosy miał ostrzyżone na krótko . Nie był tak postawny jak Will, ani tak muskularny, chociaż tak samo wysoki.Nosił Tshirt, biały, z logo jakiegoś zespołu.Czarne dżinsy. Był na bosaka. Przerwał grę i śpiew, opuścił głowę i sięgnął po stojące na stoliku otwarte piwo. Pociągnął solidnego łyka,westchnął i odstawił puszkę.
Odkaszlnęłam. Obrócił się i mnie zobaczył. Zobaczyłam w jego oczach zdziwienie, które później zmieniło się w zrozumienie.
- Aha. To ty chciałaś pogadać w sprawie pokoju. Tessa mówiła. Chodź, usiądź.
Zeszłam, usiłując nie utykać, a kiedy weszłam w krąg jasnego światła, zobaczyłam, jak szybkim spojrzeniem inteligentnych szarych oczu skwitował moje siniaki.Uniósł jedną brew do góry, ale nie skomentował mojego wyglądu.
- Jestem Michael - przedstawił się. - A ty nie masz osiemnastu lat, więc ta rozmowa będzie bardzo krótka.
Usiadłam, z walącym sercem.
- Jestem na studiach - powiedziałam. - Na pierwszym roku. Nazywam się Alyssa
Danvers i mam siedemnaście lat.
Chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
-No dobra. Tessa i Will już się zgodzili, więc i ja nie mam wyboru.-westchnął-Czynsz to stówa miesięcznie - powiedział. - Raz na miesiąc robisz też zakupy spożywcze. Pierwszy miesiąc z góry.
Byłam taka wdzięczna że aż go uściskała. Przez chwilę stał zdziwiony i spięty, później rozluźnił się i odwzajemnił uścisk. Było w nim coś takiego dorosłego. Przypominał mi starszego brata, którego nigdy nie miałam.
-Dziękuję.- wyszeptałam.
-Nie ma za co,mała.
Uświadomiłam sobie że przytulam całkiem obcego faceta, zaczerwieniłam się i odeszłam szybko od niego. Uśmiechnął się zniewalająco i puścił mi oko.
- Witaj w Domu Smithów, Alysso Danvers.
Uśmiechnęłam się do niego, zostawiłam pieniądze na stole i wróciłam do swojego nowego pokoju. Rozłożyłam książki na wbudowanym we wnękę biurku i zaczęłam się uczyć. Nasłuchiwałam, jak Michael grał na dole i przy tym miłym akompaniamencie zatopiłam się w swoim ukochanym świecie.
Ranek wstał słoneczny,obudził mnie zapach smażonego bekonu. Szłam do łazienki na końcu korytarza, ziewając. Prawie zapomniałam, że mam na sobie tylko dość długi T-shirt, aż nagłe się ocknęłam: Boże, przecież tu mieszkają faceci. Na szczęście nikt mnie nie widział, a łazienka była wolna. Ktoś już w niej dziś rano urzędował: lustra nadal były zaparowane, a wielkie czarno-białe wnętrze połyskiwało od skroplonej wody. Ale pachniało czystością. I czymś waniliowym.
Kiedy mydliłam się i spłukiwałam pod prysznicem, odkryłam, że ten waniliowy zapach to szampon. A kiedy przetarłam lustro i przyjrzałam się sobie, zobaczyłam, że mam sińce na całym ciele. "Mogłam tam zginąć. Miałam jednak szczęście,"- pomyślałam.
Znów włożyłam T-shirt, a potem pognałam do swojego pokoju włożyć majtki. Jeszcze były wilgotne, ale nie miałam wyboru, a potem włożyłam dżinsy.
Tknięta jakimś impulsem, otworzyłam szafę i znalazłam w niej jakieś wepchnięte w kąt ciuchy. Głównie T-shirty ze zdjęciami kapel, o których nigdy nie słyszałam i z paroma, które wydawały się przedpotopowe. I jeszcze kilka swetrów. Zdjęłam z siebie poplamioną krwią bluzkę i włożyłam wyblakły czarny podkoszulek. Po chwili zastanowienia buty zostawiłam na podłodze, tam gdzie leżały.
Na dole Tessa i Will kłócili się w kuchni o sposób, w jaki należy robić tosty. Tessa twierdziła, że trzeba dodać czekoladę.Will odparł, że czekolada będzie zbyt słodka w połączeniu z tostami i szybko się rozpuści. Minęłam ich bez słowa, podeszłam do lodówki i wyciągnęłam karton soku jabłkowego. Nalałam sobie trochę do szklanki i podsunęłam go sprzeczającej się dwójce. Tess nalała sobie soku, a potem oddała karton Willowi.
- A więc? - zaczął chłopak. - Michael cię nie wyrzucił.
- Nie.
- Powinnaś coś wiedzieć o Michaelu - ciągnął Will. – On nie lubi ryzyka. Nie byłem pewien, czy pozwoli ci zostać. Skoro pozwolił, to znaczy, że wyczuł od ciebie jakieś dobre wibracje. Uszanuj to, bo jeśli nie... No, to ja też będę niezadowolony. Jasne?
Tessa obserwowała ich w milczeniu. Wydało mi się, że to dla niej jakieś nowe doświadczenie, przynajmniej jeśli chodzi o milczenie.
- Jest twoim przyjacielem, prawda?
-Tak. Dla niego mógł bym zginąć, ale głupio byłoby akurat tak mu dziękować za to że mnie przyjął pod swój dach. Przyjaźnimy się od zawsze. Michael jest dla mnie jak brat.
Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się.
-Z czekoladą.-powiedziałam
- Zdrajczyni - westchnął Will i położył przede mną talerz z tostami z czekoladą.- -No i jak ta Laura wczoraj wieczorem?-zagadnęłam
- Sandra.
- Wszystko jedno. Przecież nie musimy pamiętać jej imienia dłużej niż jeden dzień.-zawtórowała mi Tessa
Will uśmiechnął się lekko znad swoich tostów.
-Jasne. A wracając do randki to byliśmy w kinie, na lodach u niej...
- Hej, nie przy dziecku. Widziałeś kartkę.
- Dziecku? - To zabolało.Postawiłam talerze na blacie Z nieco większą energią niż należało. - Kartkę?
Tessa podała mi złożoną kartkę papieru. Liścik był krótki i słodki i podpisany „Michael". A było w nim, że nie mam osiemnastu lat i ta dwójka ma się mną opiekować, póki będę mieszkała w Domu Smithów.
Miłe.Nie wiedziałam, czy mam się wkurzyć, czy potraktować to jak komplement.
Jednak... wkurzyłam się.
- Nie jestem dzieckiem! - powiedziałam do Willa porywczo. - Jestem tylko jakiś rok młodsza od Tess!
- A dziewczyny o wiele wcześniej dorastają - dodała Tessa z mądrą miną.
- Poważnie - upierałam się. - Nie jestem dzieckiem!
- Jak tam sobie uważasz, mała - stwierdził Will obojętnie.- Wyluzuj. To tylko znaczy, że nie będziesz musiała wysłuchiwać, ile seksu mnie ominęło.
- Powiem Michaelowi - ostrzegła Tessa.
- O tym, ile seksu mnie ominęło? A proszę cię bardzo.
Tessa i ja spiorunowałyśmy go wzrokiem. Uśmiechnął się łobuzersko.
-Dobra. Ja idę grać. Lyssa, idziesz ze mną.?-spytał mnie Will
-Jasne.
Przez resztę dnia siedzieliśmy w salonie na kanapie i graliśmy w gry wideo. Tessa wyszła do pracy, a Michael spał.
Will za każdym razem ze mną wygrywał. W końcu poddałam się, gdy było już ciemno, poszłam do swojego pokoju i czytałam książki. Koło 22, poszłam spać.
pomijając lekkie skrzypienia, jakie domy wydają nocą. Na zewnątrz wiatr poruszał podeschniętymi liśćmi drzew; dosłyszałam też cichy śpiew i muzykę dobiegające zza zamkniętych drzwi.Wstałam, po omacku szukając telefonu. Komórka leżała obok łóżka na stoliku nocnym.Wzięłam ją i podświetlając sobie drogę wyświetlaczem, ruszyłam do kontaktu i zaświeciłam światło.Włożyłam czystą bieliznę, wczorajsze dżinsy, czarną bluzkę znalezioną w wielkiej szafie i włożyłam ciepłe skarpetki.Zerknęłam w lustro nad komodą i ujrzałam dziewczynę z wielkimi,przestraszonymi, ciemnymi oczami z burzą czarnych loków.Opuchlizna z oka już prawie zeszła, ale kilka siniaków na rękach i nogach jeszcze nie zeszło. Moja twarz - zawsze blada - wydawała się jeszcze bledsza niż zwykle. Wyglądałam jak dziewczyna zaniedbana, zmęczona i bezdomna.
No cóż, przecież nie odbiegało to od prawdy.
Odetchnęłam głęboko i otworzyłam drzwi sypialni. Na korytarzu paliły się światła, ciepłe i złotawe, a muzyka dobiegała z dołu, z salonu. Zerknęłam na zegar wiszący na ścianie; było już po północy -przespałam ponad czternaście godzin.
A na dodatek opuściłam wszystkie dzisiejsze zajęcia. Nie miałam ochoty pokazywać się na uczelni w tym stanie, nawet gdybym nie bała się, że Julia będzie się za mną snuła... Ale później będę musiała przysiąść nad książkami. Kostka nadal dokuczała mi najbardziej, z każdym krokiem przeszywając
nogę igłami bólu. Byłam już w połowie schodów, kiedy zobaczyłam chłopaka siedzącego na kanapie, tam gdzie wcześniej wylegiwał się Will. W rękach miał gitarę. Cicho nucił pod nosem tekst piosenki. Mimo, że śpiewał cicho, w połączeniu z melodią graną przez niego na gitarze, brzmiało to pięknie. Jak śpiew ptaków w ciepły, sobotni poranek. Przyjemnie i słodko.
Obserwowałam go, stojąc jak wryta, bo najwyraźniej jeszcze mnie nie zauważył; był tam tylko on, gitara, jego śpiew i muzyka, a gdybym chciała jakoś określić to, co widziałam w wyrazie jego twarzy, musiałaby użyć jakiegoś poetycznego słowa. Był blondynem, włosy miał ostrzyżone na krótko . Nie był tak postawny jak Will, ani tak muskularny, chociaż tak samo wysoki.Nosił Tshirt, biały, z logo jakiegoś zespołu.Czarne dżinsy. Był na bosaka. Przerwał grę i śpiew, opuścił głowę i sięgnął po stojące na stoliku otwarte piwo. Pociągnął solidnego łyka,westchnął i odstawił puszkę.
Odkaszlnęłam. Obrócił się i mnie zobaczył. Zobaczyłam w jego oczach zdziwienie, które później zmieniło się w zrozumienie.
- Aha. To ty chciałaś pogadać w sprawie pokoju. Tessa mówiła. Chodź, usiądź.
Zeszłam, usiłując nie utykać, a kiedy weszłam w krąg jasnego światła, zobaczyłam, jak szybkim spojrzeniem inteligentnych szarych oczu skwitował moje siniaki.Uniósł jedną brew do góry, ale nie skomentował mojego wyglądu.
- Jestem Michael - przedstawił się. - A ty nie masz osiemnastu lat, więc ta rozmowa będzie bardzo krótka.
Usiadłam, z walącym sercem.
- Jestem na studiach - powiedziałam. - Na pierwszym roku. Nazywam się Alyssa
Danvers i mam siedemnaście lat.
Chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
-No dobra. Tessa i Will już się zgodzili, więc i ja nie mam wyboru.-westchnął-Czynsz to stówa miesięcznie - powiedział. - Raz na miesiąc robisz też zakupy spożywcze. Pierwszy miesiąc z góry.
Byłam taka wdzięczna że aż go uściskała. Przez chwilę stał zdziwiony i spięty, później rozluźnił się i odwzajemnił uścisk. Było w nim coś takiego dorosłego. Przypominał mi starszego brata, którego nigdy nie miałam.
-Dziękuję.- wyszeptałam.
-Nie ma za co,mała.
Uświadomiłam sobie że przytulam całkiem obcego faceta, zaczerwieniłam się i odeszłam szybko od niego. Uśmiechnął się zniewalająco i puścił mi oko.
- Witaj w Domu Smithów, Alysso Danvers.
Uśmiechnęłam się do niego, zostawiłam pieniądze na stole i wróciłam do swojego nowego pokoju. Rozłożyłam książki na wbudowanym we wnękę biurku i zaczęłam się uczyć. Nasłuchiwałam, jak Michael grał na dole i przy tym miłym akompaniamencie zatopiłam się w swoim ukochanym świecie.
Ranek wstał słoneczny,obudził mnie zapach smażonego bekonu. Szłam do łazienki na końcu korytarza, ziewając. Prawie zapomniałam, że mam na sobie tylko dość długi T-shirt, aż nagłe się ocknęłam: Boże, przecież tu mieszkają faceci. Na szczęście nikt mnie nie widział, a łazienka była wolna. Ktoś już w niej dziś rano urzędował: lustra nadal były zaparowane, a wielkie czarno-białe wnętrze połyskiwało od skroplonej wody. Ale pachniało czystością. I czymś waniliowym.
Kiedy mydliłam się i spłukiwałam pod prysznicem, odkryłam, że ten waniliowy zapach to szampon. A kiedy przetarłam lustro i przyjrzałam się sobie, zobaczyłam, że mam sińce na całym ciele. "Mogłam tam zginąć. Miałam jednak szczęście,"- pomyślałam.
Znów włożyłam T-shirt, a potem pognałam do swojego pokoju włożyć majtki. Jeszcze były wilgotne, ale nie miałam wyboru, a potem włożyłam dżinsy.
Tknięta jakimś impulsem, otworzyłam szafę i znalazłam w niej jakieś wepchnięte w kąt ciuchy. Głównie T-shirty ze zdjęciami kapel, o których nigdy nie słyszałam i z paroma, które wydawały się przedpotopowe. I jeszcze kilka swetrów. Zdjęłam z siebie poplamioną krwią bluzkę i włożyłam wyblakły czarny podkoszulek. Po chwili zastanowienia buty zostawiłam na podłodze, tam gdzie leżały.
Na dole Tessa i Will kłócili się w kuchni o sposób, w jaki należy robić tosty. Tessa twierdziła, że trzeba dodać czekoladę.Will odparł, że czekolada będzie zbyt słodka w połączeniu z tostami i szybko się rozpuści. Minęłam ich bez słowa, podeszłam do lodówki i wyciągnęłam karton soku jabłkowego. Nalałam sobie trochę do szklanki i podsunęłam go sprzeczającej się dwójce. Tess nalała sobie soku, a potem oddała karton Willowi.
- A więc? - zaczął chłopak. - Michael cię nie wyrzucił.
- Nie.
- Powinnaś coś wiedzieć o Michaelu - ciągnął Will. – On nie lubi ryzyka. Nie byłem pewien, czy pozwoli ci zostać. Skoro pozwolił, to znaczy, że wyczuł od ciebie jakieś dobre wibracje. Uszanuj to, bo jeśli nie... No, to ja też będę niezadowolony. Jasne?
Tessa obserwowała ich w milczeniu. Wydało mi się, że to dla niej jakieś nowe doświadczenie, przynajmniej jeśli chodzi o milczenie.
- Jest twoim przyjacielem, prawda?
-Tak. Dla niego mógł bym zginąć, ale głupio byłoby akurat tak mu dziękować za to że mnie przyjął pod swój dach. Przyjaźnimy się od zawsze. Michael jest dla mnie jak brat.
Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się.
-Z czekoladą.-powiedziałam
- Zdrajczyni - westchnął Will i położył przede mną talerz z tostami z czekoladą.- -No i jak ta Laura wczoraj wieczorem?-zagadnęłam
- Sandra.
- Wszystko jedno. Przecież nie musimy pamiętać jej imienia dłużej niż jeden dzień.-zawtórowała mi Tessa
Will uśmiechnął się lekko znad swoich tostów.
-Jasne. A wracając do randki to byliśmy w kinie, na lodach u niej...
- Hej, nie przy dziecku. Widziałeś kartkę.
- Dziecku? - To zabolało.Postawiłam talerze na blacie Z nieco większą energią niż należało. - Kartkę?
Tessa podała mi złożoną kartkę papieru. Liścik był krótki i słodki i podpisany „Michael". A było w nim, że nie mam osiemnastu lat i ta dwójka ma się mną opiekować, póki będę mieszkała w Domu Smithów.
Miłe.Nie wiedziałam, czy mam się wkurzyć, czy potraktować to jak komplement.
Jednak... wkurzyłam się.
- Nie jestem dzieckiem! - powiedziałam do Willa porywczo. - Jestem tylko jakiś rok młodsza od Tess!
- A dziewczyny o wiele wcześniej dorastają - dodała Tessa z mądrą miną.
- Poważnie - upierałam się. - Nie jestem dzieckiem!
- Jak tam sobie uważasz, mała - stwierdził Will obojętnie.- Wyluzuj. To tylko znaczy, że nie będziesz musiała wysłuchiwać, ile seksu mnie ominęło.
- Powiem Michaelowi - ostrzegła Tessa.
- O tym, ile seksu mnie ominęło? A proszę cię bardzo.
Tessa i ja spiorunowałyśmy go wzrokiem. Uśmiechnął się łobuzersko.
-Dobra. Ja idę grać. Lyssa, idziesz ze mną.?-spytał mnie Will
-Jasne.
Przez resztę dnia siedzieliśmy w salonie na kanapie i graliśmy w gry wideo. Tessa wyszła do pracy, a Michael spał.
Will za każdym razem ze mną wygrywał. W końcu poddałam się, gdy było już ciemno, poszłam do swojego pokoju i czytałam książki. Koło 22, poszłam spać.
czwartek, 24 kwietnia 2014
Rozdział III
Najszybciej jak umiałam, spakowałam walizkę, wzięłam plecak i na paluszkach wyszłam z Howard Hall. Niebo jeszcze rozjaśniało się po nocy, gdy szłam środkiem dziedzińca do głównej bramy. Gdy wyszłam poza teren kampusu, szłam ulicą, aż zobaczyłam wielką tablicę informacyjną. Właśnie czegoś takiego szukałam.! Przeleciałam spojrzeniem po ogłoszeniach. Znalazłam trzy, w których było napisane że poszukiwany jest współlokator. Zaczęłam dzwonić. Pierwsza osoba powiedziała mi, że już kogoś znalazła i rozłączyła się, zanim zdążyłam choćby powiedzieć: „Dziękuję". Druga natomiast,okazała się zdziwaczałą starszą panią. Zerwałam połączenie, gdy zaczęła mi opowiadać o swoim piątym kocie.
Spojrzałam jeszcze raz na ostatnie z ogłoszeń. „Trójka współlokatorów szuka czwartego, duży stary dom, prywatność zapewniona, rozsądny czynsz, miła atmosfera." Westchnęłam ciężko i wykręciłam numer. Włączyła się automatyczna sekretarka, a na niej nagranie łagodnego, młodo
brzmiącego kobiecego głosu.
-Dzień dobry, tu Dom Smithów. Jeśli szukasz Michaela, to on w ciągu dnia śpi. Jeśli szukasz Willa, no to powodzenia, bo my nigdy nie wiemy, gdzie, do diabła, właśnie się podziewa...
- W tle zabrzmiał śmiech jeszcze przynajmniej dwóch innych osób. – A jeśli szukasz Tessy, to złapiesz ją pod komórką albo w bibliotece. Ale, hej! Zostaw wiadomość. A jeśli dzwonisz w sprawie pokoju, to zajrzyj do nas. Adres: Lot Street 416.
Prawie godzinę musiałam czekać na taksówkę
.- Umówiłaś się z kimś? - spytał kierowca. Przez okno przyglądała się wystawom: sklepy z używaną odzieżą, antykwariaty z używanymi książkami, sklepy komputerowe. Wszystkie nastawione na studentów.
- Nie - powiedziałam. - Dlaczego pan pyta?
Taksówkarz wzruszył ramionami.
- Zwykle młodzi ludzie umawiają się ze znajomymi. Jeśli szukasz dobrej zabawy...
Zadrżałam.
- Nie. Ja... No tak, umówiłam się z kimś. Proszę, jeśli może się pan pośpieszyć...
Mruknął coś i skręcił w prawo.To miejsce wydawało jej się bardzo dziwne. Nie umiałam określić, skąd dokładnie brało się to wrażenie - budynki wiele się nie zmieniły, ale wyglądały na stare, a na ulicach pojawiało się niewielu ludzi. Chodzili szybko i z opuszczonymi głowami. Nawet kiedy szli dwójkami czy trójkami, nie rozmawiali ze sobą. Gdy przejeżdżała taksówka, ludzie podnosili
wzrok, a potem szybko opuszczali, zupełnie jakby oczekiwali jakiegoś innego samochodu. Jakiś mały chłopiec szedł trzymany za rękę przez matkę, a kiedy taksówka przystanęła na światłach, dziecko pomachało ręką, trochę nieśmiało. Odmachałam mu. Matka chłopczyka, podniosła wzrok zaalarmowana i szybko wprowadziła chłopca do sklepu z używanym sprzętem elektronicznym. Wow, pomyślałam.Wyglądam aż tak strasznie? Może i faktycznie wyglądałam. A może po prostu w Moonvill ludzie bardzo uważali na własne dzieci. Zabawne. Teraz, kiedy o tym pomyślałam, dotarło do mnie, że w tym mieście czegoś brakuje. Ogłoszeń. Widywałam je przez całe życie, ponalepiane na słupach telefonicznych... Ogłoszenia o zagubionych psach, o zaginionych dzieciach czy dorosłych.
A tutaj nic. Nic.
- Lot Street 416. - odezwał się taksówkarz i przyhamował.-Piętnaście pięćdziesiąt
Za pięć minut jazdy?! - pomyślałam zaskoczona, ale zapłaciłam. Gdy odjeżdżał, wystawiłam mu środkowy palec. Policzyłam numery domów i stanęłam przed dużym, starym domem z napisem 416.
- Hej... - odezwał się dziewczęcy głos i ktoś dotknął mojego łokcia. - Hej, co ci się stało.?
Krzyknęłam i podskoczyłam, wylądowałam na skręconej kostce i o mało się nie przewróciłam.
Dziewczyna, która mnie przestraszyła, złapała moje ramię, żebym nie upadła, sama też nieźle przestraszona.
- Przepraszam! Boże, jestem taka niezgraba. Słuchaj nic ci nie jest?
-Nn.. Nie. Dzięki.
Spojrzałam na nią. Miała na sobie ciemne dżinsy, czarną bluzkę z czerwoną czaszką i czarne glany. Miała też lekki makijaż, który nie zakrywał tego, jak bladą miała cerę. Ciemne oczy pasowały do brązowych włosów. Chyba chciała sprawiać wrażenie groźnej, ale jej się nie udało. Wyglądała naprawdę słodko.
- Ja, hm. Okej, słuchaj, przepraszam. To był naprawdę podły dzień. Przyjechałam w sprawie pokoju, ale...
- A, jasne, pokój! - Tessa strzepnęła palcami, jakby zupełnie o tym zapomniała i podskoczyła podekscytowana. - Świetnie! Przyjechałam do domu tylko na przerwę... Wiesz, pracuję w Trouns Grounds, tej bibliotece... A Michaela jeszcze przez jakiś czas nie będzie, ale możesz wejść i obejrzeć dom, jeśli masz ochotę. Nie wiem, czy jest Will, ale...
- Nie wiem, czy powinnam...
- Powinnaś. Totalnie powinnaś. - Tessa przewróciła oczami.
- Nie uwierzyłabyś, jacy pogięci ludzie usiłują się do nas wcisnąć. Powaga. Wariaci. Jesteś pierwszą normalną osobą, jaka się pojawiła. Michael skopałby mi tyłek, gdybym cię stąd wypuściła, nie próbując przynajmniej się z tobą potargować.
- Jasne - usłyszałam własne słowa. - Bardzo chętnie.
- Chodź ze mną. - A potem w podskokach wbiegła na werandę domu stylizowanego na gotyk Południa i otworzyła drzwi.
Wewnątrz dom wydawał się stary, ale nie zapuszczony, podniszczony i tyle, uznałam . Tu i ówdzie przydałoby się pomalować, także fotele z kutego żelaza na werandzie dobrze by było odświeżyć. Frontowe drzwi miały dwa skrzydła, a nad nimi witrażową szybę.
- Hey! - wrzasnęła Tessa i rzuciła moją torbę i plecak na stojący w holu stolik, swoją torbę cisnęła obok, klucze wrzuciła do wyglądającej na zabytkową porcelanową misę. -Śpiochy! Mamy tu Świeżaka.!
Na pierwszy rzut oka nic nie robiło niesamowitego wrażenia. Mnóstwo drewna, czysto i bezpretensjonalnie. Meble nieco podniszczone, jakby miały już za sobą ładny kawał życia. Pachniało cynamonowym środkiem do ich czyszczenia i... Spaghetti?
- Yo! - znów krzyknęła Tessa i pomaszerowała holem. Widać było z niego większy pokój. Z tego co dostrzegałam, stały tam skórzane kanapy i regały na książki, zupełnie jak w normalnym domu. Może tak się właśnie mieszka poza kampusem. Jeśli tak, byłby to spory krok naprzód po mieszkaniu w akademiku. - Will, pachnie mi spaghetti, wiem, że tu jesteś! Ściągnij wreszcie słuchawki z uszu!
Niezłe spaghetti, sądząc po zapachu. Z... czosnkiem?
Zrobiłam kilka niepewnych kroków w głąb holu. Buty Tess załomotały w jakimś innym pokoju, może w kuchni. Dom wydawał się bardzo cichy. Nic nie wyskakiwało z kątów, żeby napędzić mi stracha, więc z wahaniem ostrożnie ruszyłam przed siebie, krok za krokiem, aż do wielkiego salonu.
Na kanapie rozwalał się jakiś facet - tak, jak tylko faceci potrafią się rozwalać na kanapie. Ziewnął, mierzwiąc sobie włosy na głowie. Kiedy otworzyłam usta - sama nie wiedziałam, czy po to, żeby się przywitać, czy żeby zacząć wołać o pomoc - zaskoczył mnie i uciszył, uśmiechając się do mnie i przykładając palec do ust.
- Hej - szepnął. - Jestem Will. Co tam? - Parę razy zamrugał, a potem, nie zmieniając wyrazu twarzy, dodał: - O ja cię, niezła śliwa. Boli, nie?
Pokiwałam głową. Will zdjął nogi z kanapy i usiadł, nie spuszczając ze mnie wzroku, opierając łokcie na kolanach. Miał czarne, nierówno wycieniowane włosy.Osiemnaście lat? Spory facet. Dość wysoki, żebym poczuła się jeszcze
bardziej miniaturowa niż zwykle. Wydało mi się, że oczy ma też brązowe, ale nie ośmieliłam się patrzeć w nie dłużej niż przez ułamek sekundy.
- Pewnie teraz powiesz mi, że ta druga laska wygląda gorzej? - spytał Will.
Pokręciłam głową, a potem skrzywiłam się, bo jeszcze bardziej mnie zabolało.
- Nie, ja... Hm. Skąd wiedziałaś, że to...?
- Laska? Proste. Przy twoim wzroście, gdyby takiego sińca
zostawił ci facet, wylądowałabyś w szpitalu. No więc, co się stało? Nie wyglądasz, jakbyś lubiła szukać guza.
Pomyślałam, że powinnam się obrazić, ale, szczerze mówiąc, wszystko zaczynało mi się wydawać jakimś dziwnym snem. Może po prostu jeszcze się z niego nie obudziłam. Może leżę w śpiączce w szpitalnym łóżku,a Will jest tylko wytworem mojej bujnej wyobraźni.
-Jestem Alyssa- przedstawiłam się u posłałam mu ciepły uśmiech -Cześć.
Wskazał mi ręką skórzaną bufę. Usiadłam z ulgą i zaczęłam machać nogami. Poczułam się jak w domu.
-Masz na coś ochotę.?-Spytał chłopak- Może na Colę? Spaghetti.? Kurs samoobrony.?
-Colę-powiedziałam- I spaghetti.
-Dobry wybór. Sam je robiłem.-zsunął się z kanapy i poszedł do kuchni, gdzie chwilę wcześniej znikła Tessa. Po chwili, pojawiła się dziewczyna, niosąc tacę z colą, miseczką, widelcem i woreczkiem z lodem.Ustawiła tacę na stoliku do kawy i przesunęła stolik kolanem w moją stronę
- Najpierw lód - zakomenderowała. - Nigdy nie wiadomo, co Will doda do sosu. Możesz zacząć się bać.
Will skierował się w stronę kanapy i rozwalił się na niej, popijając jakiś napój z puszki. Tessa rzuciła mu zirytowane spojrzenie.
- Stary, dzięki, że i dla mnie przyniosłeś. -powiedziała i po chwili dodała . - Pacan.
- Nie wiedziałem, czy masz ochotę posypać sobie spaghetti proszkiem z zombie, czy czymś innym. O ile w tym tygodniu w ogóle jadasz.
- Kretyn! Ty, jedz ,ja sobie zaraz przyniosę.
Wzięłam widelec i ostrożnie spróbowałam potrawy, która okazała się gęsta, pikantna, z dużą ilością mięsa i czosnku. Pyszna. Przyzwyczaiłam się już do stołówkowego jedzenia, a to było...Wow. Inne. Will przyglądał się mi z uniesionymi brwiami, a ja pałaszowałam z apetytem.
- Dobre - mruknęłam. Zasalutował mi leniwym gestem.
Kiedy opchnęłam już połowę miseczki, Tess wróciła z tacą, którą postawiła na drugiej połowie stolika do kawy. Usiadła na podłodze, skrzyżowała nogi i zabrała się do jedzenia.
- Nie najgorsze - powiedziała wreszcie. - Tym razem nie dodałeś Super Sosu.
- Zrobiłem dla siebie - sprostował Will. - Stoi w lodówce z nalepką „Zagrożenie życia", więc nie jęcz, jeśli sobie poparzysz język. Gdzie znalazłaś tego bezpańskiego kotka?
- Przed domem. Przyszła w sprawie pokoju.
- I najpierw ją pobiłaś, żeby sprawdzić, czy jest dość odporna?
- A ugryź się chłoptasiu!
- Nie zwracaj uwagi na Tessę - powiedział Will. - Ona nie cierpi pracować w ciągu dnia. Boi się, że się opali.
- A Will po prostu nie cierpi pracować, kropka. No to jak ci na imię?
Już otwierałam usta, ale Will mnie ubiegł, najwyraźniej zadowolony, że ma przewagę nad współlokatorką.
- Alyssa. A co, nawet nie zapytałaś? I to jakaś dziewczyna ją pobiła. Pewnie któraś małpa z akademika. Wiesz, co to za miejsce.
Wymienili spojrzenia. Tessa znów zwróciła się do mnie.
-To prawda? Pobiły cię w akademiku? - Pokiwałam głową, szybko wpychając jedzenie do ust, żeby nie musieć za dużo mówić.
- No cóż, totalna padaka.- Znów pokiwała głową.-Nic dziwnego, że szukasz pokoju.
-Hm..Tak. Ale..ja już nie chcę tam wracać.
-Dlaczego nie.?-spytał Will- Ktoś nadal ma ochotę ci dowalić?
- Tak - przyznałam i spojrzałam w miseczkę, gdzie zostało już niewiele klusków i sosu. - Chyba tak. Ale nie chodzi tylko o nią. Ona ma... przyjaciółki. A ja... nie. To miejsce zresztą w ogóle jest... No cóż, dziwne.
- Znam to - powiedziała Tessa. - Och, wiem, co to znaczy mieszkać z dziwakami.
Will udał, że ciska w nią piłką. Ona udała, że się uchyla.
- O której wstanie Michael?
Will znów udał, że w nią rzuca.
- Do diabła,Tess, pojęcia nie mam. Uwielbiam tego faceta ale czy ja go pilnuję? Idź, zapukaj do jego pokoju i spytaj. Ja pójdę się szykować.
- Szykować do czego? - spytała dziewczyna. - Chyba nie zamierzasz znów wyjść?
- Zamierzam, owszem. Idę do kina. Na imię ma Sandra, jeśli chcesz znać więcej szczegółów, to będziesz musiała ściągnąć całe wideo jak wszyscy. - Will wstał z
kanapy i podszedł w stronę szerokich schodów. - To na razie, Alyssa.
- Zaraz, moment! Uważasz, że Lyssa może u nas zostać czy nie?
Will machnął ręką.
- Ludzie, jak sobie chcecie. Jeśli o mnie chodzi, nie ma sprawy. - Rzucił w moją stronę szybkie spojrzenie i słodki uśmiech, a potem wbiegł po schodach. Poruszał się jak sportowiec. Był całkiem przystojny.
- Faceci - westchnęła Tessa. - Fajnie byłoby mieć tu jeszcze jakąś dziewczynę. Oni są wszyscy tacy sami. „Nieważne", a potem, kiedy trzeba posprzątać dom albo pozmywać naczynia, zamieniają się w duchy. Nie żebyś musiała tu zostać pokojówką. Znaczy... Trzeba się tylko na nich drzeć, póki nie zrobią tego, co
do nich należy, bo inaczej wejdą ci na głowę. Dziewczyna podniosła się z podłogi, wzięła woreczek z lodem ze stolika i przyłożyła do mojego oka.
-I jak teraz.?-spytała
-Lepiej.-I to była prawda - Hm, chyba powinnam zapytać... W sprawie tego pokoju...
- No cóż, najpierw musisz poznać Michaela i on musi się zgodzić, ale Michael jest słodki, naprawdę.Aha, ten dom należy do niego. Zdaje się, że jego rodzice wyprowadzili się i zostawili mu dom ze trzy lata temu. Jest ode mnie jakieś pół roku starszy. Wszyscy mamy mniej więcej po osiemnaście lat. Michael jest najstarszy.
- Sypia w ciągu dnia?
- Tak. Znaczy sama lubię przespać dzień, ale jemu to już zupełnie odwaliło. Raz go nazwałam duchem, bo on naprawdę nie lubi wstawać przed zachodem. Ale go tym nie rozbawiłam.
- A jesteś pewna, że nie jest wampirem? - spytałam- Widziałam różne filmy. Można się wystraszyć. - Chciałam, żeby to zabrzmiało jak żart, ale Tess się nie uśmiechnęła.
- Och, w miarę pewna. Na przykład je chilli Willa, które, Bóg świadkiem, ma w sobie więcej czosnku niż trzeba, żeby wysadzić z dziesięciu Drakuli. A raz zmusiłam go, żeby wypił wodę święconą.- Tess pociągnęła duży łyk coli.
- Ty... co? Do czego go zmusiłaś?!
- No co.? Dziewczyna musi przecież uważać, a już zwłaszcza tutaj. - Musiałam zrobić głupią minę, bo dziewczyna znów przewróciła oczami.Zauważyłam już, że to jedna z jej ulubionych min. - No, rozumiesz. W Moonvill.
- Nie rozumiem.
- Ty nie wiesz? Jak to możliwe, że nie wiesz? - Tessa odstawiła puszkę i przyklękła na kolanach, łokcie opierając na stoliku do kawy. Minę miała poważną. A oczy bladoniebieskie, ze złotawymi obwódkami wokół tęczówek. - W Moonville roi się od wampirów.
Wybuchłam śmiechem.
Ale Tessa nie. Nadal się we mnie wpatrywała.
- Hm... Żartujesz, prawda?
- Ile osób co rok ukończy tutejszy uniwersytet?
- To dziwna uczelnia, prawie wszyscy się stąd przenoszą...
- Wszyscy wyjeżdżają. A przynajmniej znikają, prawda? Nie wierzę, że tego nie wiesz. Nikt ci nie powiedział, o co biega, zanim się tu wprowadziłaś? Posłuchaj, wampiry rządzą tym miastem. To one tu dowodzą. A ty albo się z tym godzisz, albo nie. Jeśli dla nich pracujesz, to udajesz, że ich tu nie ma, że nie istnieją, a kiedy coś się dzieje, odwracasz wzrok w inną stronę. I wtedy twoja rodzina jest ulgowo traktowana. Jesteś Chroniona.
Na początku jej nie wierzyłam, ale jej mina i spojrzenie, były szczere. Wierzyłam jej. Niespodziewanie ziewnęłam. Tessa się roześmiała.
- Powiedzmy, że to była bajka na dobranoc - powiedziała. - Chodź, zaprowadzę cię do pokoju. W najgorszym razie poleżysz przez chwilę, lód podziała, a potem sobie pójdziesz. Albo, hej, może obudzisz się i zdecydujesz, że jednak chcesz pogadać z Michaelem. Twój wybór.
Najpierw poszłyśmy do kuchni, gdzie umyłyśmy naczynia, a ja wzięłam środki przeciwbólowe, które popiłam wodą, później weszłyśmy na górę.
Kroki Tessy stłumił gruby, staroświecki chodnik, cały czerwony, ułożony na środku jasnego, błyszczącego parkietu. W korytarzu było sześć par drzwi. Kiedy je mijały, Tessa wymieniała:
- Duża łazienka . - Przy pierwszych drzwiach. - Michael. - Przy drugich. - To też jego. To podwójna sypialnia. - Przy trzecich: -Will . - Przy czwartych: - Druga łazienka jest na dole. To wyjście awaryjne, w razie gdyby Will przez godzinę nakładał sobie żel na włosy, czy coś...
- A ugryź się! - wrzasnął Will zza zamkniętych drzwi. Tessa uderzyła w nie pięścią i poprowadziła mnie do ostatnich dwóch par drzwi. - Tu jest mój pokój. Twój na samym końcu. Kiedy otworzyłam drzwi na oścież, osłupiałam. Po pierwsze, pokój był wielki. Prawie dwa razy większy niż mój pokój w akademiku. Po drugie, był narożny z dwoma wielkimi oknami, w tej chwili dokładnie zasłoniętymi zasłonami. Łóżko to wcale nie było jakieś akademikowe wyrko, tylko duży sprężynowy materac na solidnej drewnianej skrzyni. Pod jedną ze ścian stała komoda dość duża, żeby pomieścić, no cóż, ze cztery czy pięć razy tyle ubrań, ile posiadałam w całym życiu. Do tego szafa. Do tego...
- To telewizor? - spytałam słabym głosem.
-Tak. Satelita. Ale musiałabyś się dorzucić do rachunku albo wystawić go z pokoju.Mamy też Internet. Tam jest gniazdko. Powinnam cię jednak uprzedzić, że tutaj monitoruje się wchodzenie do sieci. Musisz uważać, co piszesz i do kogo.
- Tessa położyła torbę i plecak na komodzie. - Nie musisz się decydować od razu. Chyba powinnaś najpierw odpocząć.
- Podeszła ze mną do łóżka i pomogła mi zdjąć narzutę, a kiedy już usiadłam i zdjęłam buty,otuliła mnie kołdrą całkiem jak matka - Kiedy się obudzisz,
Michael pewnie będzie na nogach. Ja muszę wracać do pracy, ale to nic nie szkodzi. Naprawdę.
Uśmiechnęłam się do niej, nieco nieprzytomnie, środek przeciwbólowy zaczynał działać. Znów przeszedł mnie dreszcz.
- Dzięki Tess - powiedziałam – To jest… Super
- Wygląda na to , ze przyda ci się dziś nieco takiego „super”. – Dziewczyna wzruszyła ramionami i posłała mi śliczny uśmiech – Śpij smacznie. I nie martw się, wampiry się tu nie dostana. Ten dom ma Ochronę.
Kiedy Tessa wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi, przez parę chwil jeszcze się nad tym zastanawiałam, a potem moje myśli odpłynęły do miękkiej poduszki, tego, jak mi dobrze, i jaka świeża w dotyku jest pościel… Usłyszałam szepty. Ale to nie były ludzkie szepty. One dochodziły z wnętrza ścian. Tak jakby dom coś do mnie szeptał. Ale jeszcze nie wiedziałam co.
Potem widziałam tylko ciemność. I słyszałam tylko ciszę.
Spojrzałam jeszcze raz na ostatnie z ogłoszeń. „Trójka współlokatorów szuka czwartego, duży stary dom, prywatność zapewniona, rozsądny czynsz, miła atmosfera." Westchnęłam ciężko i wykręciłam numer. Włączyła się automatyczna sekretarka, a na niej nagranie łagodnego, młodo
brzmiącego kobiecego głosu.
-Dzień dobry, tu Dom Smithów. Jeśli szukasz Michaela, to on w ciągu dnia śpi. Jeśli szukasz Willa, no to powodzenia, bo my nigdy nie wiemy, gdzie, do diabła, właśnie się podziewa...
- W tle zabrzmiał śmiech jeszcze przynajmniej dwóch innych osób. – A jeśli szukasz Tessy, to złapiesz ją pod komórką albo w bibliotece. Ale, hej! Zostaw wiadomość. A jeśli dzwonisz w sprawie pokoju, to zajrzyj do nas. Adres: Lot Street 416.
Prawie godzinę musiałam czekać na taksówkę
.- Umówiłaś się z kimś? - spytał kierowca. Przez okno przyglądała się wystawom: sklepy z używaną odzieżą, antykwariaty z używanymi książkami, sklepy komputerowe. Wszystkie nastawione na studentów.
- Nie - powiedziałam. - Dlaczego pan pyta?
Taksówkarz wzruszył ramionami.
- Zwykle młodzi ludzie umawiają się ze znajomymi. Jeśli szukasz dobrej zabawy...
Zadrżałam.
- Nie. Ja... No tak, umówiłam się z kimś. Proszę, jeśli może się pan pośpieszyć...
Mruknął coś i skręcił w prawo.To miejsce wydawało jej się bardzo dziwne. Nie umiałam określić, skąd dokładnie brało się to wrażenie - budynki wiele się nie zmieniły, ale wyglądały na stare, a na ulicach pojawiało się niewielu ludzi. Chodzili szybko i z opuszczonymi głowami. Nawet kiedy szli dwójkami czy trójkami, nie rozmawiali ze sobą. Gdy przejeżdżała taksówka, ludzie podnosili
wzrok, a potem szybko opuszczali, zupełnie jakby oczekiwali jakiegoś innego samochodu. Jakiś mały chłopiec szedł trzymany za rękę przez matkę, a kiedy taksówka przystanęła na światłach, dziecko pomachało ręką, trochę nieśmiało. Odmachałam mu. Matka chłopczyka, podniosła wzrok zaalarmowana i szybko wprowadziła chłopca do sklepu z używanym sprzętem elektronicznym. Wow, pomyślałam.Wyglądam aż tak strasznie? Może i faktycznie wyglądałam. A może po prostu w Moonvill ludzie bardzo uważali na własne dzieci. Zabawne. Teraz, kiedy o tym pomyślałam, dotarło do mnie, że w tym mieście czegoś brakuje. Ogłoszeń. Widywałam je przez całe życie, ponalepiane na słupach telefonicznych... Ogłoszenia o zagubionych psach, o zaginionych dzieciach czy dorosłych.
A tutaj nic. Nic.
- Lot Street 416. - odezwał się taksówkarz i przyhamował.-Piętnaście pięćdziesiąt
Za pięć minut jazdy?! - pomyślałam zaskoczona, ale zapłaciłam. Gdy odjeżdżał, wystawiłam mu środkowy palec. Policzyłam numery domów i stanęłam przed dużym, starym domem z napisem 416.
- Hej... - odezwał się dziewczęcy głos i ktoś dotknął mojego łokcia. - Hej, co ci się stało.?
Krzyknęłam i podskoczyłam, wylądowałam na skręconej kostce i o mało się nie przewróciłam.
Dziewczyna, która mnie przestraszyła, złapała moje ramię, żebym nie upadła, sama też nieźle przestraszona.
- Przepraszam! Boże, jestem taka niezgraba. Słuchaj nic ci nie jest?
-Nn.. Nie. Dzięki.
Spojrzałam na nią. Miała na sobie ciemne dżinsy, czarną bluzkę z czerwoną czaszką i czarne glany. Miała też lekki makijaż, który nie zakrywał tego, jak bladą miała cerę. Ciemne oczy pasowały do brązowych włosów. Chyba chciała sprawiać wrażenie groźnej, ale jej się nie udało. Wyglądała naprawdę słodko.
- Ja, hm. Okej, słuchaj, przepraszam. To był naprawdę podły dzień. Przyjechałam w sprawie pokoju, ale...
- A, jasne, pokój! - Tessa strzepnęła palcami, jakby zupełnie o tym zapomniała i podskoczyła podekscytowana. - Świetnie! Przyjechałam do domu tylko na przerwę... Wiesz, pracuję w Trouns Grounds, tej bibliotece... A Michaela jeszcze przez jakiś czas nie będzie, ale możesz wejść i obejrzeć dom, jeśli masz ochotę. Nie wiem, czy jest Will, ale...
- Nie wiem, czy powinnam...
- Powinnaś. Totalnie powinnaś. - Tessa przewróciła oczami.
- Nie uwierzyłabyś, jacy pogięci ludzie usiłują się do nas wcisnąć. Powaga. Wariaci. Jesteś pierwszą normalną osobą, jaka się pojawiła. Michael skopałby mi tyłek, gdybym cię stąd wypuściła, nie próbując przynajmniej się z tobą potargować.
- Jasne - usłyszałam własne słowa. - Bardzo chętnie.
- Chodź ze mną. - A potem w podskokach wbiegła na werandę domu stylizowanego na gotyk Południa i otworzyła drzwi.
Wewnątrz dom wydawał się stary, ale nie zapuszczony, podniszczony i tyle, uznałam . Tu i ówdzie przydałoby się pomalować, także fotele z kutego żelaza na werandzie dobrze by było odświeżyć. Frontowe drzwi miały dwa skrzydła, a nad nimi witrażową szybę.
- Hey! - wrzasnęła Tessa i rzuciła moją torbę i plecak na stojący w holu stolik, swoją torbę cisnęła obok, klucze wrzuciła do wyglądającej na zabytkową porcelanową misę. -Śpiochy! Mamy tu Świeżaka.!
Na pierwszy rzut oka nic nie robiło niesamowitego wrażenia. Mnóstwo drewna, czysto i bezpretensjonalnie. Meble nieco podniszczone, jakby miały już za sobą ładny kawał życia. Pachniało cynamonowym środkiem do ich czyszczenia i... Spaghetti?
- Yo! - znów krzyknęła Tessa i pomaszerowała holem. Widać było z niego większy pokój. Z tego co dostrzegałam, stały tam skórzane kanapy i regały na książki, zupełnie jak w normalnym domu. Może tak się właśnie mieszka poza kampusem. Jeśli tak, byłby to spory krok naprzód po mieszkaniu w akademiku. - Will, pachnie mi spaghetti, wiem, że tu jesteś! Ściągnij wreszcie słuchawki z uszu!
Niezłe spaghetti, sądząc po zapachu. Z... czosnkiem?
Zrobiłam kilka niepewnych kroków w głąb holu. Buty Tess załomotały w jakimś innym pokoju, może w kuchni. Dom wydawał się bardzo cichy. Nic nie wyskakiwało z kątów, żeby napędzić mi stracha, więc z wahaniem ostrożnie ruszyłam przed siebie, krok za krokiem, aż do wielkiego salonu.
Na kanapie rozwalał się jakiś facet - tak, jak tylko faceci potrafią się rozwalać na kanapie. Ziewnął, mierzwiąc sobie włosy na głowie. Kiedy otworzyłam usta - sama nie wiedziałam, czy po to, żeby się przywitać, czy żeby zacząć wołać o pomoc - zaskoczył mnie i uciszył, uśmiechając się do mnie i przykładając palec do ust.
- Hej - szepnął. - Jestem Will. Co tam? - Parę razy zamrugał, a potem, nie zmieniając wyrazu twarzy, dodał: - O ja cię, niezła śliwa. Boli, nie?
Pokiwałam głową. Will zdjął nogi z kanapy i usiadł, nie spuszczając ze mnie wzroku, opierając łokcie na kolanach. Miał czarne, nierówno wycieniowane włosy.Osiemnaście lat? Spory facet. Dość wysoki, żebym poczuła się jeszcze
bardziej miniaturowa niż zwykle. Wydało mi się, że oczy ma też brązowe, ale nie ośmieliłam się patrzeć w nie dłużej niż przez ułamek sekundy.
- Pewnie teraz powiesz mi, że ta druga laska wygląda gorzej? - spytał Will.
Pokręciłam głową, a potem skrzywiłam się, bo jeszcze bardziej mnie zabolało.
- Nie, ja... Hm. Skąd wiedziałaś, że to...?
- Laska? Proste. Przy twoim wzroście, gdyby takiego sińca
zostawił ci facet, wylądowałabyś w szpitalu. No więc, co się stało? Nie wyglądasz, jakbyś lubiła szukać guza.
Pomyślałam, że powinnam się obrazić, ale, szczerze mówiąc, wszystko zaczynało mi się wydawać jakimś dziwnym snem. Może po prostu jeszcze się z niego nie obudziłam. Może leżę w śpiączce w szpitalnym łóżku,a Will jest tylko wytworem mojej bujnej wyobraźni.
-Jestem Alyssa- przedstawiłam się u posłałam mu ciepły uśmiech -Cześć.
Wskazał mi ręką skórzaną bufę. Usiadłam z ulgą i zaczęłam machać nogami. Poczułam się jak w domu.
-Masz na coś ochotę.?-Spytał chłopak- Może na Colę? Spaghetti.? Kurs samoobrony.?
-Colę-powiedziałam- I spaghetti.
-Dobry wybór. Sam je robiłem.-zsunął się z kanapy i poszedł do kuchni, gdzie chwilę wcześniej znikła Tessa. Po chwili, pojawiła się dziewczyna, niosąc tacę z colą, miseczką, widelcem i woreczkiem z lodem.Ustawiła tacę na stoliku do kawy i przesunęła stolik kolanem w moją stronę
- Najpierw lód - zakomenderowała. - Nigdy nie wiadomo, co Will doda do sosu. Możesz zacząć się bać.
Will skierował się w stronę kanapy i rozwalił się na niej, popijając jakiś napój z puszki. Tessa rzuciła mu zirytowane spojrzenie.
- Stary, dzięki, że i dla mnie przyniosłeś. -powiedziała i po chwili dodała . - Pacan.
- Nie wiedziałem, czy masz ochotę posypać sobie spaghetti proszkiem z zombie, czy czymś innym. O ile w tym tygodniu w ogóle jadasz.
- Kretyn! Ty, jedz ,ja sobie zaraz przyniosę.
Wzięłam widelec i ostrożnie spróbowałam potrawy, która okazała się gęsta, pikantna, z dużą ilością mięsa i czosnku. Pyszna. Przyzwyczaiłam się już do stołówkowego jedzenia, a to było...Wow. Inne. Will przyglądał się mi z uniesionymi brwiami, a ja pałaszowałam z apetytem.
- Dobre - mruknęłam. Zasalutował mi leniwym gestem.
Kiedy opchnęłam już połowę miseczki, Tess wróciła z tacą, którą postawiła na drugiej połowie stolika do kawy. Usiadła na podłodze, skrzyżowała nogi i zabrała się do jedzenia.
- Nie najgorsze - powiedziała wreszcie. - Tym razem nie dodałeś Super Sosu.
- Zrobiłem dla siebie - sprostował Will. - Stoi w lodówce z nalepką „Zagrożenie życia", więc nie jęcz, jeśli sobie poparzysz język. Gdzie znalazłaś tego bezpańskiego kotka?
- Przed domem. Przyszła w sprawie pokoju.
- I najpierw ją pobiłaś, żeby sprawdzić, czy jest dość odporna?
- A ugryź się chłoptasiu!
- Nie zwracaj uwagi na Tessę - powiedział Will. - Ona nie cierpi pracować w ciągu dnia. Boi się, że się opali.
- A Will po prostu nie cierpi pracować, kropka. No to jak ci na imię?
Już otwierałam usta, ale Will mnie ubiegł, najwyraźniej zadowolony, że ma przewagę nad współlokatorką.
- Alyssa. A co, nawet nie zapytałaś? I to jakaś dziewczyna ją pobiła. Pewnie któraś małpa z akademika. Wiesz, co to za miejsce.
Wymienili spojrzenia. Tessa znów zwróciła się do mnie.
-To prawda? Pobiły cię w akademiku? - Pokiwałam głową, szybko wpychając jedzenie do ust, żeby nie musieć za dużo mówić.
- No cóż, totalna padaka.- Znów pokiwała głową.-Nic dziwnego, że szukasz pokoju.
-Hm..Tak. Ale..ja już nie chcę tam wracać.
-Dlaczego nie.?-spytał Will- Ktoś nadal ma ochotę ci dowalić?
- Tak - przyznałam i spojrzałam w miseczkę, gdzie zostało już niewiele klusków i sosu. - Chyba tak. Ale nie chodzi tylko o nią. Ona ma... przyjaciółki. A ja... nie. To miejsce zresztą w ogóle jest... No cóż, dziwne.
- Znam to - powiedziała Tessa. - Och, wiem, co to znaczy mieszkać z dziwakami.
Will udał, że ciska w nią piłką. Ona udała, że się uchyla.
- O której wstanie Michael?
Will znów udał, że w nią rzuca.
- Do diabła,Tess, pojęcia nie mam. Uwielbiam tego faceta ale czy ja go pilnuję? Idź, zapukaj do jego pokoju i spytaj. Ja pójdę się szykować.
- Szykować do czego? - spytała dziewczyna. - Chyba nie zamierzasz znów wyjść?
- Zamierzam, owszem. Idę do kina. Na imię ma Sandra, jeśli chcesz znać więcej szczegółów, to będziesz musiała ściągnąć całe wideo jak wszyscy. - Will wstał z
kanapy i podszedł w stronę szerokich schodów. - To na razie, Alyssa.
- Zaraz, moment! Uważasz, że Lyssa może u nas zostać czy nie?
Will machnął ręką.
- Ludzie, jak sobie chcecie. Jeśli o mnie chodzi, nie ma sprawy. - Rzucił w moją stronę szybkie spojrzenie i słodki uśmiech, a potem wbiegł po schodach. Poruszał się jak sportowiec. Był całkiem przystojny.
- Faceci - westchnęła Tessa. - Fajnie byłoby mieć tu jeszcze jakąś dziewczynę. Oni są wszyscy tacy sami. „Nieważne", a potem, kiedy trzeba posprzątać dom albo pozmywać naczynia, zamieniają się w duchy. Nie żebyś musiała tu zostać pokojówką. Znaczy... Trzeba się tylko na nich drzeć, póki nie zrobią tego, co
do nich należy, bo inaczej wejdą ci na głowę. Dziewczyna podniosła się z podłogi, wzięła woreczek z lodem ze stolika i przyłożyła do mojego oka.
-I jak teraz.?-spytała
-Lepiej.-I to była prawda - Hm, chyba powinnam zapytać... W sprawie tego pokoju...
- No cóż, najpierw musisz poznać Michaela i on musi się zgodzić, ale Michael jest słodki, naprawdę.Aha, ten dom należy do niego. Zdaje się, że jego rodzice wyprowadzili się i zostawili mu dom ze trzy lata temu. Jest ode mnie jakieś pół roku starszy. Wszyscy mamy mniej więcej po osiemnaście lat. Michael jest najstarszy.
- Sypia w ciągu dnia?
- Tak. Znaczy sama lubię przespać dzień, ale jemu to już zupełnie odwaliło. Raz go nazwałam duchem, bo on naprawdę nie lubi wstawać przed zachodem. Ale go tym nie rozbawiłam.
- A jesteś pewna, że nie jest wampirem? - spytałam- Widziałam różne filmy. Można się wystraszyć. - Chciałam, żeby to zabrzmiało jak żart, ale Tess się nie uśmiechnęła.
- Och, w miarę pewna. Na przykład je chilli Willa, które, Bóg świadkiem, ma w sobie więcej czosnku niż trzeba, żeby wysadzić z dziesięciu Drakuli. A raz zmusiłam go, żeby wypił wodę święconą.- Tess pociągnęła duży łyk coli.
- Ty... co? Do czego go zmusiłaś?!
- No co.? Dziewczyna musi przecież uważać, a już zwłaszcza tutaj. - Musiałam zrobić głupią minę, bo dziewczyna znów przewróciła oczami.Zauważyłam już, że to jedna z jej ulubionych min. - No, rozumiesz. W Moonvill.
- Nie rozumiem.
- Ty nie wiesz? Jak to możliwe, że nie wiesz? - Tessa odstawiła puszkę i przyklękła na kolanach, łokcie opierając na stoliku do kawy. Minę miała poważną. A oczy bladoniebieskie, ze złotawymi obwódkami wokół tęczówek. - W Moonville roi się od wampirów.
Wybuchłam śmiechem.
Ale Tessa nie. Nadal się we mnie wpatrywała.
- Hm... Żartujesz, prawda?
- Ile osób co rok ukończy tutejszy uniwersytet?
- To dziwna uczelnia, prawie wszyscy się stąd przenoszą...
- Wszyscy wyjeżdżają. A przynajmniej znikają, prawda? Nie wierzę, że tego nie wiesz. Nikt ci nie powiedział, o co biega, zanim się tu wprowadziłaś? Posłuchaj, wampiry rządzą tym miastem. To one tu dowodzą. A ty albo się z tym godzisz, albo nie. Jeśli dla nich pracujesz, to udajesz, że ich tu nie ma, że nie istnieją, a kiedy coś się dzieje, odwracasz wzrok w inną stronę. I wtedy twoja rodzina jest ulgowo traktowana. Jesteś Chroniona.
Na początku jej nie wierzyłam, ale jej mina i spojrzenie, były szczere. Wierzyłam jej. Niespodziewanie ziewnęłam. Tessa się roześmiała.
- Powiedzmy, że to była bajka na dobranoc - powiedziała. - Chodź, zaprowadzę cię do pokoju. W najgorszym razie poleżysz przez chwilę, lód podziała, a potem sobie pójdziesz. Albo, hej, może obudzisz się i zdecydujesz, że jednak chcesz pogadać z Michaelem. Twój wybór.
Najpierw poszłyśmy do kuchni, gdzie umyłyśmy naczynia, a ja wzięłam środki przeciwbólowe, które popiłam wodą, później weszłyśmy na górę.
Kroki Tessy stłumił gruby, staroświecki chodnik, cały czerwony, ułożony na środku jasnego, błyszczącego parkietu. W korytarzu było sześć par drzwi. Kiedy je mijały, Tessa wymieniała:
- Duża łazienka . - Przy pierwszych drzwiach. - Michael. - Przy drugich. - To też jego. To podwójna sypialnia. - Przy trzecich: -Will . - Przy czwartych: - Druga łazienka jest na dole. To wyjście awaryjne, w razie gdyby Will przez godzinę nakładał sobie żel na włosy, czy coś...
- A ugryź się! - wrzasnął Will zza zamkniętych drzwi. Tessa uderzyła w nie pięścią i poprowadziła mnie do ostatnich dwóch par drzwi. - Tu jest mój pokój. Twój na samym końcu. Kiedy otworzyłam drzwi na oścież, osłupiałam. Po pierwsze, pokój był wielki. Prawie dwa razy większy niż mój pokój w akademiku. Po drugie, był narożny z dwoma wielkimi oknami, w tej chwili dokładnie zasłoniętymi zasłonami. Łóżko to wcale nie było jakieś akademikowe wyrko, tylko duży sprężynowy materac na solidnej drewnianej skrzyni. Pod jedną ze ścian stała komoda dość duża, żeby pomieścić, no cóż, ze cztery czy pięć razy tyle ubrań, ile posiadałam w całym życiu. Do tego szafa. Do tego...
- To telewizor? - spytałam słabym głosem.
-Tak. Satelita. Ale musiałabyś się dorzucić do rachunku albo wystawić go z pokoju.Mamy też Internet. Tam jest gniazdko. Powinnam cię jednak uprzedzić, że tutaj monitoruje się wchodzenie do sieci. Musisz uważać, co piszesz i do kogo.
- Tessa położyła torbę i plecak na komodzie. - Nie musisz się decydować od razu. Chyba powinnaś najpierw odpocząć.
- Podeszła ze mną do łóżka i pomogła mi zdjąć narzutę, a kiedy już usiadłam i zdjęłam buty,otuliła mnie kołdrą całkiem jak matka - Kiedy się obudzisz,
Michael pewnie będzie na nogach. Ja muszę wracać do pracy, ale to nic nie szkodzi. Naprawdę.
Uśmiechnęłam się do niej, nieco nieprzytomnie, środek przeciwbólowy zaczynał działać. Znów przeszedł mnie dreszcz.
- Dzięki Tess - powiedziałam – To jest… Super
- Wygląda na to , ze przyda ci się dziś nieco takiego „super”. – Dziewczyna wzruszyła ramionami i posłała mi śliczny uśmiech – Śpij smacznie. I nie martw się, wampiry się tu nie dostana. Ten dom ma Ochronę.
Kiedy Tessa wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi, przez parę chwil jeszcze się nad tym zastanawiałam, a potem moje myśli odpłynęły do miękkiej poduszki, tego, jak mi dobrze, i jaka świeża w dotyku jest pościel… Usłyszałam szepty. Ale to nie były ludzkie szepty. One dochodziły z wnętrza ścian. Tak jakby dom coś do mnie szeptał. Ale jeszcze nie wiedziałam co.
Potem widziałam tylko ciemność. I słyszałam tylko ciszę.
środa, 23 kwietnia 2014
Rozdział II
Po porannych zajęciach miałam trzy godziny przerwy, więc wzięłam dwie książki i poszłam na dziedziniec poszukać jakiegoś odludnego miejsca. Usiadłam na trawie pod rozłożystym dębem. Było tak spokojnie, że nawet usłyszałam ćwierkanie ptaków. Zaczęłam czytać. Dzień był wprost wspaniały na to, żeby przebywać na świeżym powietrzu. Patrząc na niebo, nie widziało się żadnej chmurki.
Po niespełna półtorej godzinie, ktoś zasłonił mi światło.
Spojrzałam w górę i zobaczyłam tą dziewczynę, która się ze mnie naśmiewała. Spojrzałam jej w oczy pokazując odwagę, której nie czułam.
-Cześć. Jestem Julie Hale. A to moje przyjaciółki Jennifer Bruce i Lexi Drum.- przedstawiła siebie i swoją świtę.
-Cześć. Hm.. Jestem Alyssa Danvers.
-Wiem. Ty jesteś tym cudakiem, które przyszło rok wcześniej. Wszyscy to wiedzą.-odpowiedziała z cierpkim uśmieszkiem.
-Ooo serio.? Nie wiedziałam że jestem aż tak sławna.
-Nie. Jesteś tylko największym dziwadłem w tej szkole.-powiedziała Jennifer po czym wszystkie trzy wybuchły śmiechem i z uśmiechami odeszły w stronę Akademika.
-Nie będę się przejmować.Nie będę.-szepnęłam bliska płaczu.
Więc tu też jestem wyśmiewana. Super. Po prostu świetnie. Wzięłam książki i poszłam do swojego pokoju.
Dopiero tam pozwoliłam sobie na płacz.
Wytarłam oczy i poszłam na lekcje.Przy chemii, zapomniałam o kpinach i docinkach ze strony Wrednych Wiedźm. Na piątej, przedostatniej lekcji, czyli na matematyce, pani Hole wezwała mnie do tablicy. Idąc między ławkami nie zauważyłam wyciągniętej nogi Lexi, przez którą się wywróciłam. Upadłam na twarz.
-Powinnaś uważać jak chodzisz- szepnęła mi słodko do ucha Julie.
Nikt mi nie pomógł. Wstałam, otrzepałam dżinsy i udawałam jakby nic się nie stało. Zadanie chociaż dla większości klasy było trudne, rozwiązałam je bezbłędnie.
Dostałam 5 i mogłam usiąść na miejsce. Omijałam ławki Lexi, Jennifer i Julie. Uśmiechały się do mnie z udawaną słodyczą.
Następnego dnia niechcący ośmieszyłam Julie przy jej przyjaciółkach i przy kilku seksownych facetach ze starszego roku. Nie żeby
to było trudne, przechodziłam obok i usłyszałam, jak Julie mówi, że II wojna światowa to była „głupia chińska wojenka".
Po prostu odruchowo rzuciłam:
- Nieprawda. - Cała grupka rozwalona na kanapach w holu akademika popatrzyła na mnie z takim zdumieniem, jakby automat ze słodyczami nagle się odezwał. Julie, jej przyjaciółki i tych ,ech seksownych facetów z jakiegoś studenckiego bractwa.
- Druga wojna światowa... - zaczęłam. Spanikowana, nie wiedziałam, jak wybrnąć z tej sytuacji. - Znaczy, no... To nie była wojna w Korei. Ta była później. Druga wojna światowa to ta z Niemcami i Japonią. No wiesz, Pearl Harbour?
Faceci popatrzyli na Julie i ryknęli śmiechem, a dziewczyna zarumieniła się - nie za bardzo, ale na tyle,że jej makijaż już nie wydawał się tak perfekcyjny.
- Przypomnij mi, żebym nie kupował od ciebie żadnych esejów z historii – powiedział najseksowniejszy z chłopaków.
- Trzeba być kretynem, żeby tego nie wiedzieć. - Chociaż byłam pewna, że żaden z nich tego nie wiedział. - Chińska wojenka. I co jeszcze?
Dostrzegłam w oczach Juli furię, szybko pokrytą uśmiechem, żarcikami i dalszym flirtem. Jeśli chodzi o facetów, znów zapadłam się w niebyt.
Jeśli chodzi o dziewczyny, byłam tu nowa i zdecydowanie niemile widziana. Zawsze tak było. Bystra, drobniutka, o przeciętnej urodzie, nie mogłam twierdzić, że wygrałam los na loterii życia; ktoś zawsze mnie wyśmiewał,
szturchał albo ignorował, albo wszystko razem. Kiedy byłam dzieckiem,wydawało mi się, że na śmiech, a potem - po przepychankach na szkolnym boisku - na pierwsze miejsce wysunęły się szturchnięcia. Jednak w
czasie mojego (krótkiego, dwuletniego zaledwie) pobytu w szkole średniej ignorowanie okazało się zdecydowanie najgorsze. Dostałam się do liceum o rok wcześniej niż wszyscy pozostali i skończyłam szkołę o rok wcześniej niż
oni. Nikomu się to nie podobało. To znaczy nikomu poza nauczycielami.
Problem polegał na tym, że naprawdę uwielbiałam się uczyć.
Kochałam książki,czytanie,dowiadywanie się różnych rzeczy - dobra, no może niekoniecznie rachunek różniczkowy, ale poza tym to chyba wszystko. Fizykę. Która normalna dziewczyna lubi fizykę? Wyłącznie nienormalne ją lubią. Ale nie bardzo się tym przejmowałam. Kocham to co robię i już. Na drugim piętrze, znajdowały się pralnie. Tego popołudnia, wzięłam to torby brudną bieliznę z zamiarem uprania jej. Zeszłam piętro niżej. W pralni nikogo nie było. Włożyłam rzeczy do bębna, nalałam płynu i wsypałam proszku. Czekając aż się upierze, wyjęłam książkę z historii i zaczęłam czytać. Po jakichś 10 minutach usłyszałam za sobą jakiś hałas.Schowałam książkę i odwróciłam się. Za mną stały Wredne Wiedźmy. Uśmiechały się szyderczo. Julia podeszła bliżej.
- Cześć geniuszku. Nie radziłabym ci tego prać. Te twoje szmaty, tak samo jak ty, nadajecie się do śmieci..Ośmieszyłaś mnie na oczach najseksowniejszych facetów w tej cholernej budzie. Zapłacisz za to suko. -powiedziała, a jej głos wypełniał jad.
Przestraszyłam się i cofnęłam się do tyłu. Zauważyłam że za sobą mam schody. Przełknęłam głośno ślinę. Bałam się.
-Nigdy, przenigdy nie zrobisz tego, prawda.?-zapytała Lexi a jej oczy ciskały w moją stronę błyskawice.
-N.. Nie-jąkałam się próbując się wycofać jak najdalej od nich i od schodów.Niestety, drogę zagrodziła mi szafka na proszki do prania. Czułam, że jestem w pułapce.Spojrzałam na moje oprawczynie, próbując udawać że wcale się nie boję.
-Jesteście porąbane. Zostawcie mnie w spokoju. Ja nic wam nie zrobiłam. Jestem tylko zwykłą siedemnastolatką.-próbowałam się wytłumaczyć.
Jennifer stanęła przede mną i wymierzyła mi policzek. Mocno. Odepchnęłam ją od siebie. Z taką samą siłą, jaką ona mi wymierzyła policzek. W oczach Juli i Jennifer pojawiło się zdziwienie. Tylko spojrzenie Lexi było inne.Zimne,martwe.
-Właśnie mała suko, uderzyłaś moją przyjaciółkę. Zapłacisz mi za to.-wysyczała lodowatym głosem.
Popchnęła mnie całą swoją siłą na schody. Zachwiałam się i runęłam w dół.
Spadałam na dół, uderzając o każdy stopień. . Spadałam, a
u szczytu schodów Julia i Juliowate śmiały się, szyderczo pohukiwały i przybijały sobie piątki, ale widziałam to tylko w niepołączonych ze sobą migawkach, w drgających stop-klatkach.
Miałam wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim wylądowałam na samym dole, a potem rąbnęłam głową w ścianę z nieprzyjemnym, mokrym plaśnięciem. Zapadłam się w ciemność.
Później potrafiłam przypomnieć sobie jeszcze tylko, że w tej ciemności rozległ się głos Juli:
- Jutro wieczorem. Dostaniesz za swoje, porąbańcu. Już ja o to zadbam.
Kiedy odzyskałam przytomność, leżałam na łóżku w skrzydle szpitalnym. Lekarz powiedział że na samym dole schodów, z których spadłam, znalazła mnie jakaś dziewczyna z Howard Hall o imieniu Jessica i zadzwoniła po dyrektorkę.Byłam jej za to dozgonnie wdzięczna.
Później poszłam po swoje rzeczy do pralni i wróciłam do swojego obskurnego pokoju. Usiadłam na łóżku. Przemyślałam rozmowę z doktorem Hamiltonem. Lekarz zabandażował mi kostkę,pokręcił głową nad sińcami, dał woreczek z lodem i powiedział że nic nie mam złamane. Wypisał mi zwolnieni z zajęć, dał środki przeciw bólowe i kazał wracać do pokoju.
Wzięłam tabletki, popiłam wodą i położyłam się na łóżku. Myślałam co zrobić. Nie mogłam zostać w akademiku. Ale nadal chciałam chodzić na zajęcia.
Nie pozostawało mi nic innego.
Musiałam wyprowadzić się z Howard Hall. Bałam się. Po prostu się bałam. I byłam przerażona. Jennifer, Lexi i Juli nie chciały mi zrobić krzywdy. One chciały mnie zabić. Kołatały mi się w głowie słowa Julie:"Dostaniesz za swoje, porąbańcu.''Ona nie żartowała. Czułam że jeszcze gorzko pożałuję zadarcia z Julie i Juliowatymi.A zepchnięcie mnie ze schodów, to tylko początek.
Po niespełna półtorej godzinie, ktoś zasłonił mi światło.
Spojrzałam w górę i zobaczyłam tą dziewczynę, która się ze mnie naśmiewała. Spojrzałam jej w oczy pokazując odwagę, której nie czułam.
-Cześć. Jestem Julie Hale. A to moje przyjaciółki Jennifer Bruce i Lexi Drum.- przedstawiła siebie i swoją świtę.
-Cześć. Hm.. Jestem Alyssa Danvers.
-Wiem. Ty jesteś tym cudakiem, które przyszło rok wcześniej. Wszyscy to wiedzą.-odpowiedziała z cierpkim uśmieszkiem.
-Ooo serio.? Nie wiedziałam że jestem aż tak sławna.
-Nie. Jesteś tylko największym dziwadłem w tej szkole.-powiedziała Jennifer po czym wszystkie trzy wybuchły śmiechem i z uśmiechami odeszły w stronę Akademika.
-Nie będę się przejmować.Nie będę.-szepnęłam bliska płaczu.
Więc tu też jestem wyśmiewana. Super. Po prostu świetnie. Wzięłam książki i poszłam do swojego pokoju.
Dopiero tam pozwoliłam sobie na płacz.
Wytarłam oczy i poszłam na lekcje.Przy chemii, zapomniałam o kpinach i docinkach ze strony Wrednych Wiedźm. Na piątej, przedostatniej lekcji, czyli na matematyce, pani Hole wezwała mnie do tablicy. Idąc między ławkami nie zauważyłam wyciągniętej nogi Lexi, przez którą się wywróciłam. Upadłam na twarz.
-Powinnaś uważać jak chodzisz- szepnęła mi słodko do ucha Julie.
Nikt mi nie pomógł. Wstałam, otrzepałam dżinsy i udawałam jakby nic się nie stało. Zadanie chociaż dla większości klasy było trudne, rozwiązałam je bezbłędnie.
Dostałam 5 i mogłam usiąść na miejsce. Omijałam ławki Lexi, Jennifer i Julie. Uśmiechały się do mnie z udawaną słodyczą.
Następnego dnia niechcący ośmieszyłam Julie przy jej przyjaciółkach i przy kilku seksownych facetach ze starszego roku. Nie żeby
to było trudne, przechodziłam obok i usłyszałam, jak Julie mówi, że II wojna światowa to była „głupia chińska wojenka".
Po prostu odruchowo rzuciłam:
- Nieprawda. - Cała grupka rozwalona na kanapach w holu akademika popatrzyła na mnie z takim zdumieniem, jakby automat ze słodyczami nagle się odezwał. Julie, jej przyjaciółki i tych ,ech seksownych facetów z jakiegoś studenckiego bractwa.
- Druga wojna światowa... - zaczęłam. Spanikowana, nie wiedziałam, jak wybrnąć z tej sytuacji. - Znaczy, no... To nie była wojna w Korei. Ta była później. Druga wojna światowa to ta z Niemcami i Japonią. No wiesz, Pearl Harbour?
Faceci popatrzyli na Julie i ryknęli śmiechem, a dziewczyna zarumieniła się - nie za bardzo, ale na tyle,że jej makijaż już nie wydawał się tak perfekcyjny.
- Przypomnij mi, żebym nie kupował od ciebie żadnych esejów z historii – powiedział najseksowniejszy z chłopaków.
- Trzeba być kretynem, żeby tego nie wiedzieć. - Chociaż byłam pewna, że żaden z nich tego nie wiedział. - Chińska wojenka. I co jeszcze?
Dostrzegłam w oczach Juli furię, szybko pokrytą uśmiechem, żarcikami i dalszym flirtem. Jeśli chodzi o facetów, znów zapadłam się w niebyt.
Jeśli chodzi o dziewczyny, byłam tu nowa i zdecydowanie niemile widziana. Zawsze tak było. Bystra, drobniutka, o przeciętnej urodzie, nie mogłam twierdzić, że wygrałam los na loterii życia; ktoś zawsze mnie wyśmiewał,
szturchał albo ignorował, albo wszystko razem. Kiedy byłam dzieckiem,wydawało mi się, że na śmiech, a potem - po przepychankach na szkolnym boisku - na pierwsze miejsce wysunęły się szturchnięcia. Jednak w
czasie mojego (krótkiego, dwuletniego zaledwie) pobytu w szkole średniej ignorowanie okazało się zdecydowanie najgorsze. Dostałam się do liceum o rok wcześniej niż wszyscy pozostali i skończyłam szkołę o rok wcześniej niż
oni. Nikomu się to nie podobało. To znaczy nikomu poza nauczycielami.
Problem polegał na tym, że naprawdę uwielbiałam się uczyć.
Kochałam książki,czytanie,dowiadywanie się różnych rzeczy - dobra, no może niekoniecznie rachunek różniczkowy, ale poza tym to chyba wszystko. Fizykę. Która normalna dziewczyna lubi fizykę? Wyłącznie nienormalne ją lubią. Ale nie bardzo się tym przejmowałam. Kocham to co robię i już. Na drugim piętrze, znajdowały się pralnie. Tego popołudnia, wzięłam to torby brudną bieliznę z zamiarem uprania jej. Zeszłam piętro niżej. W pralni nikogo nie było. Włożyłam rzeczy do bębna, nalałam płynu i wsypałam proszku. Czekając aż się upierze, wyjęłam książkę z historii i zaczęłam czytać. Po jakichś 10 minutach usłyszałam za sobą jakiś hałas.Schowałam książkę i odwróciłam się. Za mną stały Wredne Wiedźmy. Uśmiechały się szyderczo. Julia podeszła bliżej.
- Cześć geniuszku. Nie radziłabym ci tego prać. Te twoje szmaty, tak samo jak ty, nadajecie się do śmieci..Ośmieszyłaś mnie na oczach najseksowniejszych facetów w tej cholernej budzie. Zapłacisz za to suko. -powiedziała, a jej głos wypełniał jad.
Przestraszyłam się i cofnęłam się do tyłu. Zauważyłam że za sobą mam schody. Przełknęłam głośno ślinę. Bałam się.
-Nigdy, przenigdy nie zrobisz tego, prawda.?-zapytała Lexi a jej oczy ciskały w moją stronę błyskawice.
-N.. Nie-jąkałam się próbując się wycofać jak najdalej od nich i od schodów.Niestety, drogę zagrodziła mi szafka na proszki do prania. Czułam, że jestem w pułapce.Spojrzałam na moje oprawczynie, próbując udawać że wcale się nie boję.
-Jesteście porąbane. Zostawcie mnie w spokoju. Ja nic wam nie zrobiłam. Jestem tylko zwykłą siedemnastolatką.-próbowałam się wytłumaczyć.
Jennifer stanęła przede mną i wymierzyła mi policzek. Mocno. Odepchnęłam ją od siebie. Z taką samą siłą, jaką ona mi wymierzyła policzek. W oczach Juli i Jennifer pojawiło się zdziwienie. Tylko spojrzenie Lexi było inne.Zimne,martwe.
-Właśnie mała suko, uderzyłaś moją przyjaciółkę. Zapłacisz mi za to.-wysyczała lodowatym głosem.
Popchnęła mnie całą swoją siłą na schody. Zachwiałam się i runęłam w dół.
Spadałam na dół, uderzając o każdy stopień. . Spadałam, a
u szczytu schodów Julia i Juliowate śmiały się, szyderczo pohukiwały i przybijały sobie piątki, ale widziałam to tylko w niepołączonych ze sobą migawkach, w drgających stop-klatkach.
Miałam wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim wylądowałam na samym dole, a potem rąbnęłam głową w ścianę z nieprzyjemnym, mokrym plaśnięciem. Zapadłam się w ciemność.
Później potrafiłam przypomnieć sobie jeszcze tylko, że w tej ciemności rozległ się głos Juli:
- Jutro wieczorem. Dostaniesz za swoje, porąbańcu. Już ja o to zadbam.
Kiedy odzyskałam przytomność, leżałam na łóżku w skrzydle szpitalnym. Lekarz powiedział że na samym dole schodów, z których spadłam, znalazła mnie jakaś dziewczyna z Howard Hall o imieniu Jessica i zadzwoniła po dyrektorkę.Byłam jej za to dozgonnie wdzięczna.
Później poszłam po swoje rzeczy do pralni i wróciłam do swojego obskurnego pokoju. Usiadłam na łóżku. Przemyślałam rozmowę z doktorem Hamiltonem. Lekarz zabandażował mi kostkę,pokręcił głową nad sińcami, dał woreczek z lodem i powiedział że nic nie mam złamane. Wypisał mi zwolnieni z zajęć, dał środki przeciw bólowe i kazał wracać do pokoju.
Wzięłam tabletki, popiłam wodą i położyłam się na łóżku. Myślałam co zrobić. Nie mogłam zostać w akademiku. Ale nadal chciałam chodzić na zajęcia.
Nie pozostawało mi nic innego.
Musiałam wyprowadzić się z Howard Hall. Bałam się. Po prostu się bałam. I byłam przerażona. Jennifer, Lexi i Juli nie chciały mi zrobić krzywdy. One chciały mnie zabić. Kołatały mi się w głowie słowa Julie:"Dostaniesz za swoje, porąbańcu.''Ona nie żartowała. Czułam że jeszcze gorzko pożałuję zadarcia z Julie i Juliowatymi.A zepchnięcie mnie ze schodów, to tylko początek.
wtorek, 22 kwietnia 2014
Rozdział I
Nazywam się Alyssa Danvers. Mam 17 lat. Mieszkam w Portland z moimi rodzicami. Mam 167cm wzrostu, bardzo ciemne oczy, jasną karnację, długie kruczoczarne włosy i smukłą sylwetkę. Uwielbiam pisać, czytać, słuchać muzyki i jeździć na deskorolce. Jutro wyjeżdżam do Moonvill w Teksasie żeby studiować na uczelni City College. Dostałam się tam o rok wcześniej, pomijając dwa semestry w gimnazjum. W szkole zawsze dostawałam oceny powyżej 5. Przez kolegów i koleżanki z klasy byłam wyśmiewana, za to że byłam kujonem i dobrze się uczyłam.
Będę mieszkać w akademiku żeńskim Howard Hall, wraz z 35 innymi dziewczętami.Rodzice nie byli zadowoleni że chcę aż tak daleko wyjeżdżać, ale w końcu się zgodzili.
Kładąc się spać, myślałam o tym, jak świetnie będę się bawić w Moonvill.
Przetarłam oczy i spojrzałam na zegarek. 6.30. Zerwałam się szybko z łóżka i pobiegłam do łazienki. Umyłam włosy i wzięłam szybki prysznic. Założyłam jasne dżinsy, czarną koszulkę z nadrukiem jakiejś kapeli i czarne trampki. Zrobiłam lekki makijaż i spojrzałam w lustro. Prezentowałam się całkiem nieźle. Wczoraj spakowałam wszystkie ciuchy, trzy pary butów, jedno rodzinne zdjęcie i parę innych rzeczy do średniej wielkości walizki.
Wzięłam plecak ze sobą, ponieważ walizka już była w samochodzie. Zeszłam na dół do kuchni. Pachniało naleśnikami z nutellą. Mniam.
-Cześć kochanie-powiedziała mama gdy weszłam do kuchni.Nalała soku pomarańczowego do szklanki, położyła na talerzy dwa naleśniki i podsunęła mi szklankę i talerz.
-Hej, dzięki.- powiedziałam i zaczęłam jeść.
Po 30 minutach, cała nasza trójka wpakowała się do niebieskiego volkswagena taty. Mama usiadła na miejscu pasażera, tata przy kierownicy a ja z tyłu. Jechaliśmy w milczeniu słuchając starych utworów z czasów rodziców. Po czterech godzinach jazdy, byliśmy na miejscu. Minęliśmy dużą zieloną tablicę, z napisem "Witajcie w Moonvill".Colleg znajdował się na obrzeżach miasta. Gdy zajechaliśmy na parking przed akademikiem, tata wyciągnął moją walizkę z bagażnika, a mama uścisnęła mnie mocno.
-Dzwoń do nas przynajmniej dwa razy w tygodniu.-powiedziała mama bliska płaczu.
Uśmiechnęliśmy się do siebie z tatą. Obydwoje nie znosiliśmy pożegnań.
-Trzymaj się mała- powiedział
-Ty też tato.
Gdy odjechali, ruszyłam w stronę rejestracji. Za szybą siedziała młoda kobieta, która gdy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się ciepło.
-Dzień dobry- przywitałam się. Mama zawsze uczyła mnie kultury. Chociaż szkoła, to co innego.
-Cześć kochanie. Przyszłaś w odwiedziny.?
-Nie, jestem tu nowa i jestem na pierwszym roku. Alyssa Danvers.
-Ach, no tak. Piętro trzecie, pokój 203.- powiedziała, podając mi klucz.
-Dziękuję.
Niestety nie było tu windy, więc musiałam sama wtaszczyć walizkę na trzecie piętro. Znalazłam drzwi z napisem 203. Włożyłam klucz do dziurki i przekręciłam. Zamek otworzył się z lekkim trudem. Popchnęłam drzwi i weszłam do środka. Pokój był mały, brązowa farba odłaziła od ścian, a wyposażeniem było wąskie łóżko, mała szafa i szary dywan.
-Dobrze że mam tu tylko spać.- powiedziałam sama do siebie.
Rozpakowałam się i wyciągnęłam plan zajęć. Fizykę miałam z panem Gilbertem, Chemię z panem Rossem,Historię z panną Moore, Matematykę z panią Hole, zajęcia w laboratorium z panią Morgan, no i oczywiście wykłady z profesorem . Trochę tego dużo, ale nie dla mnie. Poszukałam łazienki i nawet się nie zdziwiłam, kiedy się okazało że toaleta była w nie lepszym stanie niż mój pokój i korytarz. Westchnęłam, z irytacją w wzięłam najszybszy prysznic w moim życiu. Później włożyłam moje nowe notatniki i kilka książek do plecaka i wyszłam na popołudniowe zajęcia.
Kwadratowy wybetonowany dziedziniec między budynkiem wydziału architektury a głównym budynkiem nauk ścisłych pełen był studentów w drodze z jednych zajęć na drugie. Szłam szybko przed siebie w stronę budynku nauk ścisłych, ponieważ pierwszą miałam fizykę. Na szczęście to mój ulubiony przedmiot. Kilka par oczu wpatrywało się we mnie ale próbowałam nie zwracać na to uwagi. Były tu rożne typy dzieciaków. Bogaci, biedniejsi, popularni, nie-popularni, samotni, osoby znajdujące się w centrum uwagi, geniusze, i głupki. Ale moją uwagę przykuła tylko jedna grupka. Trzy ładnie wyglądające dziewczyny, modnie ubrane i zalotnie uśmiechnięte. Wokół nich zebrała się grupka fanów. Jedna z nich wyróżniała się pewnością siebie. Reszcie też jej nie brakowało, ale ta dziewczyna była kimś w rodzaju przywódcy. Gdy ona mówiła, nikt nie ośmielił się nawet uśmiechnąć, dopóki ona na to nie pozwoliła.Wyczuła że na nią patrzę i odwróciła się w moją stronę z pogardliwym uśmieszkiem.
-Przedszkole jest gdzie indziej!-krzyknęła a jej świta wybuchła śmiechem.
"Kretynka" pomyślałam i poszłam dalej. Zajęcia minęły mi spokojnie. W przerwie na lunch weszłam do małej kampusowej kafejki. Zamówiłam latte i usiadłam przy osobnym stoliku. Wyciągnęłam mp3, słuchawki i włączyłam muzykę. Popijałam ciepłą kawę i myślałam o mojej przyjaciółce Cornelii, która wyjechała do Nowego Yorku do collegu. Od pewnego czasu nawet nie odpisywała mi na smsy. Poczułam się samotna. Ale ja przecież zawsze byłam samotna. Cornelia była jedyną osobą w gimnazjum z jaką rozmawiałam. Poza nauczycielami. Gdy skończyłam kawę, wyszłam z kafejki na rześkie, teksańskie powietrze. Resztę zajęć spędziłam obserwowana przez innych uczniów. To prawda że byłam najmłodsza w tej szkole, ale nie musieli się tak gapić. po ostatniej lekcji, czyli historii, wróciłam do Howard Hall. Dochodziła już 20:15 gdy zadzwoniłam do rodziców. Opowiedziałam im o zajęciach, nauczycielach, kolegach i koleżankach. Oczywiście zmyśliłam parę rzeczy ale tylko dlatego, że nie chciałam ich martwić. Później zasnęłam. Ale nie śniłam. Ja nigdy nie śnię.
Będę mieszkać w akademiku żeńskim Howard Hall, wraz z 35 innymi dziewczętami.Rodzice nie byli zadowoleni że chcę aż tak daleko wyjeżdżać, ale w końcu się zgodzili.
Kładąc się spać, myślałam o tym, jak świetnie będę się bawić w Moonvill.
Przetarłam oczy i spojrzałam na zegarek. 6.30. Zerwałam się szybko z łóżka i pobiegłam do łazienki. Umyłam włosy i wzięłam szybki prysznic. Założyłam jasne dżinsy, czarną koszulkę z nadrukiem jakiejś kapeli i czarne trampki. Zrobiłam lekki makijaż i spojrzałam w lustro. Prezentowałam się całkiem nieźle. Wczoraj spakowałam wszystkie ciuchy, trzy pary butów, jedno rodzinne zdjęcie i parę innych rzeczy do średniej wielkości walizki.
Wzięłam plecak ze sobą, ponieważ walizka już była w samochodzie. Zeszłam na dół do kuchni. Pachniało naleśnikami z nutellą. Mniam.
-Cześć kochanie-powiedziała mama gdy weszłam do kuchni.Nalała soku pomarańczowego do szklanki, położyła na talerzy dwa naleśniki i podsunęła mi szklankę i talerz.
-Hej, dzięki.- powiedziałam i zaczęłam jeść.
Po 30 minutach, cała nasza trójka wpakowała się do niebieskiego volkswagena taty. Mama usiadła na miejscu pasażera, tata przy kierownicy a ja z tyłu. Jechaliśmy w milczeniu słuchając starych utworów z czasów rodziców. Po czterech godzinach jazdy, byliśmy na miejscu. Minęliśmy dużą zieloną tablicę, z napisem "Witajcie w Moonvill".Colleg znajdował się na obrzeżach miasta. Gdy zajechaliśmy na parking przed akademikiem, tata wyciągnął moją walizkę z bagażnika, a mama uścisnęła mnie mocno.
-Dzwoń do nas przynajmniej dwa razy w tygodniu.-powiedziała mama bliska płaczu.
Uśmiechnęliśmy się do siebie z tatą. Obydwoje nie znosiliśmy pożegnań.
-Trzymaj się mała- powiedział
-Ty też tato.
Gdy odjechali, ruszyłam w stronę rejestracji. Za szybą siedziała młoda kobieta, która gdy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się ciepło.
-Dzień dobry- przywitałam się. Mama zawsze uczyła mnie kultury. Chociaż szkoła, to co innego.
-Cześć kochanie. Przyszłaś w odwiedziny.?
-Nie, jestem tu nowa i jestem na pierwszym roku. Alyssa Danvers.
-Ach, no tak. Piętro trzecie, pokój 203.- powiedziała, podając mi klucz.
-Dziękuję.
Niestety nie było tu windy, więc musiałam sama wtaszczyć walizkę na trzecie piętro. Znalazłam drzwi z napisem 203. Włożyłam klucz do dziurki i przekręciłam. Zamek otworzył się z lekkim trudem. Popchnęłam drzwi i weszłam do środka. Pokój był mały, brązowa farba odłaziła od ścian, a wyposażeniem było wąskie łóżko, mała szafa i szary dywan.
-Dobrze że mam tu tylko spać.- powiedziałam sama do siebie.
Rozpakowałam się i wyciągnęłam plan zajęć. Fizykę miałam z panem Gilbertem, Chemię z panem Rossem,Historię z panną Moore, Matematykę z panią Hole, zajęcia w laboratorium z panią Morgan, no i oczywiście wykłady z profesorem . Trochę tego dużo, ale nie dla mnie. Poszukałam łazienki i nawet się nie zdziwiłam, kiedy się okazało że toaleta była w nie lepszym stanie niż mój pokój i korytarz. Westchnęłam, z irytacją w wzięłam najszybszy prysznic w moim życiu. Później włożyłam moje nowe notatniki i kilka książek do plecaka i wyszłam na popołudniowe zajęcia.
Kwadratowy wybetonowany dziedziniec między budynkiem wydziału architektury a głównym budynkiem nauk ścisłych pełen był studentów w drodze z jednych zajęć na drugie. Szłam szybko przed siebie w stronę budynku nauk ścisłych, ponieważ pierwszą miałam fizykę. Na szczęście to mój ulubiony przedmiot. Kilka par oczu wpatrywało się we mnie ale próbowałam nie zwracać na to uwagi. Były tu rożne typy dzieciaków. Bogaci, biedniejsi, popularni, nie-popularni, samotni, osoby znajdujące się w centrum uwagi, geniusze, i głupki. Ale moją uwagę przykuła tylko jedna grupka. Trzy ładnie wyglądające dziewczyny, modnie ubrane i zalotnie uśmiechnięte. Wokół nich zebrała się grupka fanów. Jedna z nich wyróżniała się pewnością siebie. Reszcie też jej nie brakowało, ale ta dziewczyna była kimś w rodzaju przywódcy. Gdy ona mówiła, nikt nie ośmielił się nawet uśmiechnąć, dopóki ona na to nie pozwoliła.Wyczuła że na nią patrzę i odwróciła się w moją stronę z pogardliwym uśmieszkiem.
-Przedszkole jest gdzie indziej!-krzyknęła a jej świta wybuchła śmiechem.
"Kretynka" pomyślałam i poszłam dalej. Zajęcia minęły mi spokojnie. W przerwie na lunch weszłam do małej kampusowej kafejki. Zamówiłam latte i usiadłam przy osobnym stoliku. Wyciągnęłam mp3, słuchawki i włączyłam muzykę. Popijałam ciepłą kawę i myślałam o mojej przyjaciółce Cornelii, która wyjechała do Nowego Yorku do collegu. Od pewnego czasu nawet nie odpisywała mi na smsy. Poczułam się samotna. Ale ja przecież zawsze byłam samotna. Cornelia była jedyną osobą w gimnazjum z jaką rozmawiałam. Poza nauczycielami. Gdy skończyłam kawę, wyszłam z kafejki na rześkie, teksańskie powietrze. Resztę zajęć spędziłam obserwowana przez innych uczniów. To prawda że byłam najmłodsza w tej szkole, ale nie musieli się tak gapić. po ostatniej lekcji, czyli historii, wróciłam do Howard Hall. Dochodziła już 20:15 gdy zadzwoniłam do rodziców. Opowiedziałam im o zajęciach, nauczycielach, kolegach i koleżankach. Oczywiście zmyśliłam parę rzeczy ale tylko dlatego, że nie chciałam ich martwić. Później zasnęłam. Ale nie śniłam. Ja nigdy nie śnię.
sobota, 19 kwietnia 2014
Epilog
Nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. Początkowo sądzimy, że świat jest idealny, bez skazy. Lecz to nie jest prawda. Rzeczywistość jest inna. Wyrachowana, przebiegła i podła. W życiu każdego człowieka następuje taki moment, kiedy zdaje sobie z tego sprawę. Jest to okrutna próba naszej siły i wiary ducha. Za żadne skarby nie chcemy w to wierzyć. Próbujemy zapomnieć, ukryć, zignorować prawdę. Lecz to nie takie proste. Życie kpi sobie z nas. Naśmiewa się przy każdym upadku i potknięciu. Zamiast wyciągnąć do nas dłoń, odwraca się plecami, zostawiając nas na pastwę losu. W tym właśnie momencie zdajemy sobie sprawę, że to wszystko jest do kitu. No bo po co żyć skoro nie ma się już nikogo.? Jeśli to wszystko nie ma sensu.? Każdy zadaje sobie to pytanie. Ale nie wszyscy znają odpowiedź. Niektórzy próbują żyć z tym dalej, nie pamiętając. Lecz o tym nie da się ot tak, zapomnieć. Na każdym kroku ktoś nam o tym przypomina. Czujemy ucisk w sercu. Szybszy oddech. Pot na rękach i gorzki posmak w ustach. Chcemy z tym jak najszybciej skończyć, ale już się nie da. Nie wolno tego odwrócić. Tego nie da się zapomnieć, zaszufladkować i spalić. To będzie z nami do końca. Będzie przypominać najgorsze chwile w naszym życiu. Ale te dobre, też. Uczucia, pragnienia. marzenia. Najpiękniejsze i najgorsze. Obawy i potrzeby. Wtedy, wspomina się że życie potrafi się także uśmiechać. A może nie.?
Nikt nie umiera bez utraty dziewictwa. Życie pieprzy nas wszystkich.
Moja historia jest podobna, ale inna. Bardziej mroczna, tajemnicza, obłędna, namiętna. Pełna obaw i marzeń. Życia i śmierci. Miłości i nienawiści. Opowiem wszystko. Nie będę nic ukrywać. Poznasz moje życie, kawałek po kawałku.
---
Heej. Tu autorka. Mam prośbę. Jak przeczytacie każdy wpis, proszę żebyście zostawiali po sobie komentarz, ponieważ chcę wiedzieć co myślicie o konkretnym poście, i co chcielibyście w nim zmienić. Dziękuję. ;)
Nikt nie umiera bez utraty dziewictwa. Życie pieprzy nas wszystkich.
Moja historia jest podobna, ale inna. Bardziej mroczna, tajemnicza, obłędna, namiętna. Pełna obaw i marzeń. Życia i śmierci. Miłości i nienawiści. Opowiem wszystko. Nie będę nic ukrywać. Poznasz moje życie, kawałek po kawałku.
---
Heej. Tu autorka. Mam prośbę. Jak przeczytacie każdy wpis, proszę żebyście zostawiali po sobie komentarz, ponieważ chcę wiedzieć co myślicie o konkretnym poście, i co chcielibyście w nim zmienić. Dziękuję. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)